FESTIWAL W LĄDKU – HISTORIA UCZUCIA

Część 5

Celebryci

Kiedyś celebrytów nie było, byli sławni ludzie. A środowisko górskie było na sławnych ludzi odporne. W szeregach ludzi gór oczywiście sławni ludzie też byli, aktorzy czy politycy, lecz na nikim nie robili wrażenia, byli nasi, byli ludźmi, którzy mieli miejsce przy stole. Tylko tyle i aż tyle.

Pamiętam moment, gdy do górskiego środowiska wtargnął świat zupełnie inny, prawdziwie celebrycki i egzotyczny, kiedy uczestniczką festiwalu w Lądku w 2006 roku była Martyna Wojciechowska, pani z telewizji, kiedyś prowadząca Big Brothera – który był początkiem zaśmiecania telewizji, a co za tym idzie, umysłów Polaków – i sfotografowała się na okładce gazety dla panów z pół odkrytym biustem. Potem, albo przedtem, prowadziła program o motoryzacji, a następnie została kobietą outdooru i przygody i weszła na Everest (oraz zdobyła Koronę Ziemi, chyba potem). Już wtedy z punktu widzenia prawdziwego himalaizmu nie traktowano tego jako wyczynu, choć może by się jakoś od biedy obronił, jednak takich jak ona było sporo. Pani Martyna za to umiała sukces sprzedać, wycisnąć go jak cytrynę do ostatniej kropli, napisała książkę i sączyła mądrości niczym Paolo Koeljo o pokonywaniu siebie, spełnianiu marzeń, przesuwaniu granic i takich tam. Była co prawda miła i skromna, ja jednak ze zdziwieniem obserwowałam taniec godowy kolegów himalaistów i organizatorów, jaki odstawiali wokół niej, na te lansady, parady, niezdrowe podniecenie i rumieńce. I myślałam sobie, patrząc na salę kinową podczas jej występu: „Rany, na tej sali na pewno jest kilka dziewcząt, które weszłyby na Everest w stylu lepszym niż ona, ale nie wejdą, bo nie są paniami z telewizji i nikt im takiego wyjazdu nie zafunduje”. Potem okazało się, że pani Maryna zna się również na filmie górskim, bo została jurorką na innym festiwalu, i naczelną „National Geographic”.  Czy znała się na wydawaniu czasopism? Nie wiem.

Wtedy jednak występ pani Martyny był dziwnym incydentem. Potem festiwal rozwijał się pięknie (pojawiły się Złote Czekany, przyjechał nawet Kurtyka), przetrwał pandemię,  choć powoli stawał się festiwalem mniej górskim, a bardziej outdoorowym i muzycznym.

Od tamtego Lądka prawdziwi celebryci się nie pojawiali (nie liczę aktorów z okazji filmów fabularnych, nie robiono z ich powodu rabanu). Pojawiało się za o mnóstwo „celebrytów” górskich, można powiedzieć, celebrytanów, ludzi, których podziwialiśmy za ich wyczyny, a więc było tak, jak na festiwalu górskim być powinno.

W pewnym momencie jednak himalaizm stał się modny i pojawili się tak zwani fani. Nagle Anka, Krzysiek, Leszek, Rafał, Adam czy Wojtek stali się kimś w rodzaju celebrytów. Ciągnie się za nimi korowód fanów i słychać pisk wielbicieli (głównie wielbicielek). Pewnie im się to podoba. Nic w tym złego. Choć w środowisku budzi uśmieszek rozbawienia.

A w tym roku znowu nadciągnęła pani Martyna.  

Od tamtego Lądka zrobiła wiele. Nakręciła, i wciąż kręci, cykl filmów „Kobieta na krańcach świata”, adoptowała dziewczynę z Afryki i założyła fundację. Oraz prowadziła życie prywatne publicznie. Wiemy o tym, co czuła po śmierci byłego męża, o jej relacjach z matką i córką, poznaliśmy też krępujący epizod, gdy wyszła za mąż, lecz mąż po chwili ją zostawił. Zdarza się. Lecz gdy wystawiamy nasze życie na widok publiczny, wystawiamy się też na pochopne i błędne oceny. Kto by tego chciał? Pani Martyna najwyraźniej chciała.

Być może zainteresowanie jej osobą słabło, bo przypomniała sobie, że przecież dwadzieścia lat temu weszła na Everest. Teraz jej „wyczyn” ma jeszcze mniejszą wartość niż wtedy, bo takich jak ona jest kilka tysięcy. Pani Martyna jednak nie odpuściła, wydała po raz drugi książkę i udzieliła kilku wywiadów, znów sącząc mądrości jak z Koeljo, które robią wrażenie na specyficznej grupie odbiorców. I została zaproszona do Lądka. I dostała prime time w największym namiocie, tort i Gortycha jako prowadzącego. Podobno było miło.

A ja sobie pomyślałam: „Rany, oglądaliśmy w festiwalowym namiocie wielkiego Messnera, niesamowitego Honnolda, inspirującego Alexa Hubera

Alec Huber (fot. B. Słama)

zwariowanych Leo Houldinga i Seana Villanueve z braćmi Favresse. Słuchaliśmy o samotnych hakówkach Marka Raganowicza,  oklaskiwaliśmy laureatów Złotych Czekanów, płakaliśmy razem z rodzinami z Hansjörga Auera, Davida Lamy i Jessego Roskelleyea, wzruszaliśmy się, gdy francuski konsul wręczał Legię Honorową Adamowi Bieleckiemu i Denisowi Urubce.

Adam Bielecki, Jarosław Botor i Denis Urubko (fot. Beata Słama).

Wysłuchaliśmy poruszającej prelekcji brytyjskiego nurka o akcji ratunkowej w jaskini w Tajlandii. Widzieliśmy wielkość, walkę, heroizm, radość ze wspinania i rozpacz tragedii. A tu wchodzi pani Martyna ze swoim Everestem i mądrościami jak z lajfstajlowych poradników… Odziana w ciuchy firmy, którą reklamuje.

Pani Maryna na pewno jest miłą osobą i zrobiła wiele dobrego, ma mnóstwo fanów, znakomicie, lecz skoro w prawdziwym himalajskim rankingu nawet Korona Ziemi Doroty Rasińskiej-Samoćko nie jest nieprawdopodobnym wyczynem, to czym jest Everest pani Marty

Jej narracja jest skrojona nie pod ludzi gór, a pod… no właśnie, kogo? Pod fanów. Których na festiwalu w Lądku jest mnóstwo, jeśli nie większość, bo specyfika festiwalu się zmienia. O czym będzie w kolejnym tekście.

Na dodatek następnego dnia odbyło się znakomite potkanie z Olą Mirosław, prowadzone przez Justynę Kowalczyk, a na koniec dołączyła Zuza Witych. Widzicie różnicę? Bo ja widzę.

Beata Słama

PS. Jeśli ktoś napisze, że ja tak z zazdrości, to ma rację. Któż by nie chciał być bogaty i sławny?

 

 

 

Kategorie: Wydarzenia

0 komentarzy

Zostaw odpowiedź