FESTIWAL W LĄDKU – HISTORIA UCZUCIA
Cz. 2
Opierunek
Jestem z festiwalem w Lądku od pierwszej edycji. Był pierwszym, a właściwie drugim, festiwalem górskim w Polsce (ten pierwszy, w Katowicach, miał tylko trzy edycje) i nazywał się Przegląd Filmów Górskich. Lądek był nasz, ludzi gór, bo wtedy istniało jeszcze w miarę zwarte środowisko górskie, był oknem na świat, czasem wyczekiwanych spotkań. Czy za nim tęsknię? Tak. Brak mi kameralności, skupienia, linearności i bliskości. A ostatnio również miejsc noclegowych w Lądku-Zdroju.
W latach dziewięćdziesiątych tzw. bazy noclegowej w Lądku właściwie nie było. Kilka razy nocowałam u koleżanki pod Lądkiem, codziennie trzeba było losować, kto pije, a kto wozi. Oczywiście najfajniej mieszkało się Geovicie, gdy jeszcze dało się zarezerwować w niej miejsce – która wciąż trzyma melancholijny styl lat osiemdziesiątych – bo było się ze wszystkimi, prowadziło życie towarzyskie przy nienajlepszym winie w kawiarni na dole, no i było blisko na imprezę.

Geovita
Kiedyś nocowałyśmy, ja i Eliza (druga część GDK) w Willi Janina, w której lubił zatrzymywać się Andrzej Zawada (jest zdjęcie z autografem), spaliśmy też na tak zwanej kwaterze prywatnej w pokoju, do którego wpadał dym z kotłowni, a mimo to było zimno. A innym razem w pensjonacie przy „promenadzie handlowej”, czyli prawie w muszli koncertowej – zasypialiśmy, gdy kończyły się koncerty, a nie, pardon, dopiero wtedy, gdy do domu poszli ostatni imprezowicze, a ludzie gór mogą imprezować długo, oj, długo.
Największym hitem był jednak apartament przy rynku – chyba jeden z pierwszych apartamentów w Lądku. Nowy, prawie nie śmigany. Słowo „apartament” kojarzyło nam się z luksusem, więc sporo sobie obiecywaliśmy. No i położenie! W samym centrum. Byliśmy we trójkę (ja, Eliza i osoba bardzo zaprzyjaźniona) – ja i osoba na jednym łóżku z jedną kołdrą (choć zaznaczyliśmy, że będziemy we trójkę), Elizka na drugim, z osobną kołdrą. Gdy rozłożyliśmy tapczany, żeby otworzyć szafę, masywne krzesła w stylu późny Biskupin musieliśmy wynieść do łazienki – była ogromna, w przeciwieństwie do apartamentu, więc się zmieściły – kiedy przestawiliśmy łóżka tak, żeby dało się dojść do szafy, to się nie otwierała, bo zawadzał stół. Z dostępu do stołu zrezygnowaliśmy, bo woleliśmy otwierać szafę, jedliśmy więc, siedząc na łóżkach. Szafki kuchenne były dla osób leworęcznych, wyposażenie kuchni, oprócz talerzy i czajnika, stanowił nożyk do obierania warzyw, jedna zniszczona deska do krojenia oraz… mikser czy sokowirówka. Nie było papieru toaletowego i ręczników, musieliśmy wywalczyć. Za to zapłaciliśmy więcej niż za uroczy apartament w Sopocie minutę od plaży. Co prawda po sezonie, ale jednak.

Apartmą
Nocowałam też w Mir-Janie, sama w pokoju kilkuosobowym, więc miałam do dyspozycji dużo mebli plus obowiązkowy spacer na lepszy sen, bo to kawałek w stronę Stronia, co było niezłe, bo okna wychodziły na ulicę i nie za bardzo dało się spać. Śniadania były pyszne.
Kiedyś mieszkałam w tak zwanym apartamenciku, co jest szumną nazwą lokalu dwa na trzy, urządzonym resztkami z remontu domu. Śmierdziało w nim stęchlizną, chyba była pleśń, więc ciągle kasłałam, ale nie mogłam narzekać, bo spałam za darmo. W kolejnym roku standard nam się podniósł, płaciliśmy (fakt, nie za dużo, bo po znajomości), musieliśmy za to przepychać się między krzesłami, których było całe mnóstwo i były za duże (co oni w Lądku mają z tymi krzesłami?). Nie dało się niczego ugotować, ponieważ garnki były najtańsze i wszystko się w nich przypalało, nawet woda.
Jeśli chodzi o estetykę, lądecki dizajn wnętrzarski utknął na ciemnych brązach i jelenich rogach, ewentualnie reprodukcjach obrazów Salvadora Dalego nad łóżkami lub bliżej nieokreślonej formalnie i stylowo metaloplastyce.
W tym roku decyzję o tym, że jedziemy do Lądka, podjęliśmy zdecydowanie za późno, bo aż siedem dni po ogłoszeniu terminu na następny rok, i już niczego zarezerwować się w city nie dało. W każdym razie niczego, na co byłoby nas stać. Zamieszkaliśmy więc w Stroniu Śląskim, a właściwie w Stroniu-Wsi, trochę na końcu świata, za to blisko cudnych, bezbillboardowych widoków, w Zajeździe Stronie. Polecamy: czysto, nowo, wygodnie, znakomicie wyposażona kuchnia, świetlico-jadalnia, przemili właściciele, choć to opcja raczej dla zmotoryzowanych. Nie byliśmy zresztą jedynymi festiwalowiczami, którzy zatrzymali się i w tym zajeździe, i w Stroniu. Festiwal wylał się poza granice Lądka, i może to dobrze, bo kwaterodawcy w Stroniu też sobie zarobią. A może źle, bo to oznacza, że masa krytyczna została przekroczona.
Minusem jest to, że między Stroniem a Lądkiem nie ma żadnego połączenia – podobno jeździ jakiś bus do Kłodzka, ale my do przystanku mieliśmy półtora kilometra. Jest ścieżka rowerowa, można też desperacko iść na piechotę, bo to w końcu tylko tyle, ile z Palenicy do Moka, a przecież jesteśmy ludźmi gór, co nie? Tę opcję zarezerwowaliśmy sobie jednak na kiedy indziej.
Jestem pierwsza do powieszenia psów na Zakopanem, muszę jednak stwierdzić, że kwatery w Zako są tańsze (można znaleźć poniżej stówki za osobę), mają lepszy standard i dizajn, jest ich duży wybór, a ceny po sezonie spadają. W Lądku i Stroniu jest drogo. Jak ponoć na całym Dolnym Śląsku, jak powiedziała mi mieszkanka. Ale za to zawsze można liczyć na jakąś niespodziankę, co nie jest przecież bez znaczenia.
0 komentarzy