FESTIWAL W LĄDKU – HISTORIA UCZUCIA
Cz. 3
Wikt
Tak jak baza noclegowa w latach dziewięćdziesiątych w Lądku-Zdroju prawie nie istniała, tak prawie nie istniała gastronomia…
Najpierw jednak sięgnę do prehistorii. Po raz pierwszy odwiedziłam Lądek-Zdrój w czasach późnej podstawówki. Byli tam na kuracji przyjaciele rodziców, więc tata i ja zapakowaliśmy się do małego Fiata, a może już Wartburga (tam uwielbiał Wartburgi) i pojechaliśmy. Wtedy, na tle peerelowskiej Polski, Lądek wydał mi się niesamowicie luksusowy, życie sanatoryjne kwitło. Ja szczególnie dobrze zapamiętałam jedno: jedliśmy naleśniki w uroczej knajpce w ogrodzie, prowadzonej przez artystów, która była prywatna! W tamtych czasach, a więc w drugiej połowie lat siedemdziesiątych!
W latach dziewięćdziesiątych natomiast, podczas pierwszych festiwali, obiady jadało się w restauracji Jodełka czy Perełka, a może Pod Świerkami i na tym chyba możliwości się kończyły. Pamiętam, że pewnego roku w Domu Zdrojowym otwarto kawiarenkę z pysznymi ciastkami i kawą w cenach przystępnych. Niestety działa krótko.
Potem przez jakiś czas do Lądka nie przyjeżdżałam, a gdy znów przybyłam, Park Zdrojowy lśnił za unijne pieniądze, otwarto Albrechtshalle i jakieś restauracje, które w kolejnych latach sukcesywnie znikały. Za to pojawiały się nowe. Trudno było nadążyć. Była, przy rądku, fajna restauracja… zapomniałam nazwy, prowadziła ją pani o imieniu Cecylia (chyba). Zawsze panował tam tłok i dość długo się czekało. Kiedyś siedziałam przy stoliku Wojtkiem Kurtyką i jego osobą towarzyszącą, a kelnerka zapytała nas, czy dostawić fotelik dla dziecka…
Nie Przetrwała też Restauracja Casablanca (?) niżej, na rogu, a szkoda, bo jedzenie było dobre.
Nieocenioną deską ratunku była i jest Pizzeria Marianna, na innym rogu, w tym roku jednak skonstatowaliśmy ze zdziwieniem, że najprostszy makaron, czyli alio e olio, kosztuje tam 42 złote, podczas gdy taki sam makaron w Zako, przy najdroższej ulicy w Polsce, czyli przy Krupówkach, w przemiłej restauracyjce (w przeciwieństwie do Marianny niewymagającej remontu i z czystą toaletą) kosztuje 37 złotych. Tak wiec kwestia zakopiańskich paragonów grozy pozostaje dyskusyjna.
Lądeckim restauratorom wiele lat zajęło skonstatowanie faktu, że co roku we wrześniu do Lądka przyjeżdża kilka tysięcy osób, które chcą coś zjeść, szczególnie wieczorem, po ostatnich seansach czy spotkaniach. W restauracjach już wczesnym wieczorem brakowało produktów, w związku z czym się zamykały. Pamiętam, gdy o 20.00, a więc nie za późno, wpadliśmy głodni jak wilki do restauracji w Hotelu Alhambra (a może jakimś innym wytwornym?) i powiedziano nam, że ostatnie porcje pożywienia zjadają właśnie tamci państwo – czyli Darek Załuski i Tamara Styś.
Mój status na festiwalu był zawsze taki sam (z dwoma wyjątkami): media. A przedstawiciele mediów, co było genialne, dostawali kartki na obiady (w zeszłym roku, jako krótkotrwała celebrytka, też dostałam, ale pani z recepcji zapomniała mi je dać, więc miałam okazję jeść ramen koło Messnera). Obiady były różne, raz lepsze, raz mniej lepsze, ale się jadło, bo jeśli człowiek latał z wydarzenia na wydarzenie (kiedyś mi się chciało i uważałam, że powinnam obejrzeć jak najwięcej, żeby wszystko rzetelnie zrelacjonować, by udowodnić, że zasłużyłam na te wszystkie apanaże), to wiedział, że trzeba jeść, kiedy dają, bo potem nie będzie, a restauracje się zamkną z przemęczenia albo będzie do nich kolejka. Obiady wydawane były w coraz to innym miejscu, czasem na świeżym powietrzu, czasem w jakimś hotelu czy pensjonacie – trudno było się dopatrzyć jakiegoś wzoru.
Nie zapomnę miny Alexa Honnolda (wegetarianina) na widok dania, do którego my, Polacy, bywalcy barów mlecznych czy też szkolnych i zakładowych stołówek przywykliśmy: szarawa kasza, jakby przydeptany ogórek kiszony, który po przekrojeniu puszcza fontannę, i gulasz z żylastego mięsa chluśnięty na kaszę.

Alex Honnold się dziwi.
A wszystko to w jadalni w przyziemiu jakiegoś hotelu, gdzie były krzesła hetman obite plastikowym jedwabiem, prawie białe obrusy i wazoniki z jednym sztucznym kwiatkiem. Najwidoczniej peerel przetrwał tam dłużej niż gdzie indziej.
Dziś talony na obiady, poza tym, że są miłym gestem, chyba straciły sens, bo w parku cumują foodtrucki i do późnego wieczoru można zjeść pół świata. Nie jest jednak tanio, więc dla osób o mniejszym budżecie pozostają Żabka i ABC – i kultowa bułka popijana kefirem na ławce w parku – które to sklepy wieczorem staje się centrum życia towarzyskiego. Tak jak Park Zdrojowy i jego okolice, co jest bardzo przyjemne. Imprezują tam i festiwalowicze, i wystawcy, kiedy zamkną już swoje handlowe namioty.
Osobną historią jest kawiarnia Albrechtshalle. To bez wątpienia centrum dziennego życia towarzyskiego. Tam mieszamy się kuracjuszami, siedzimy przy kawie, tuczymy się ciastkami, bratamy w kolejce do toalety i oczywiście bez końca gadamy. A także zastanawiamy, jak usprawnić pracownikom pracę i sprawić, by co chwila nie tworzyła się gigantyczna kolejka. Pomysły się mnożą, na jakiś czas stajemy się specjalistami od ekonomiki pracy, ergonomii, gastronomii. Ciastka i wszystko pyszne. Lody marzenie.
Raczej nie przychodziło nam do głowy zapuszczać się w poszukiwaniu jedzenia do tzw. miasta, czyli na lądecki rynek, bo zwyczajnie nie było na to czasu. Tamte rejony były dla nas gastronomiczną terra incognita, a nawet tabula rasa. A tymczasem okazało się, po drodze do rynku była restauracja z ogródkiem nad rzeką, z ogromnymi porcjami – niestety zmiotła ją powódź, trwa reaktywacja. Oraz działająca od dobrych paru lat świetna pizzeria, a właściwie knajpka, Abakus – prowadzą ją kochane zaangażowane panie, duża pizza ma wymiary młyńskiego koła, a lampka wina za 16 złotych oznacza pół butelki.
Jest jeszcze przy rynku nowa knajpka z jedzeniem ukraińskim. Wygląda nieźle. Mam nadzieję, że przetrwa z sukcesem do przyszłego roku. I herbaciarnia. Była jeszcze na rogu kawiarnia o zacięciu artystycznym, niestety chyba nie podźwignęła się po powodzi.
Jeszcze bardziej osobną historią są festiwalowe bankiety.

Jako przedstawicielka mediów miałem ten przywilej, że mogłam w nich uczestniczyć. Kiedyś odbywały się w Domu Zdrojowym na górze (barokowe stiuki na suficie)…

Bankiet w sali zew stiukami. Pan w garniturze – konsul francuski..
…lub na dole, gdzie blaski słała dyskotekowa kula. To miejsce chyba nazywało się kiedyś Piekiełko i odbywały się tam potańcówki dla kuracjuszy. Bardzo lubiliśmy podglądać przez szpary w zasłonach, jak pan Janusz, zalatujący lekko zgniłymi jajkami po kąpieli w basenie w Domu Zdrojowym „Wojciech”, przy dźwiękach „Jak się masz, kochanie, jak się masz, na, na, na” pląsa panią Krysią z turnusu trzeciego, o aksamitnej skórze wygładzonej kąpielą perełkową.

Basen w Domu Zdrojowym „Wojciech”. Takie, o wiele lepsze zdjęcie, można znaleźć w internecie, to jednak zrobiłam ja. BY tego dokonać, trzeba było wejść na marmurowe podwyższenie, co było zabronione. Wdarłam się tam z dwoma kolegami,a potem ścignęła nas obsługa,
Albo na tarasie Domu Zdrojowego, gdzie oddawaliśmy się degustacji włoskich win.

Imprezy w tych lokalizacjach, które wieczorami stawały się naszą destynacją, zasługiwały na miano bankietu, teraz to słowo nie bardzo pasuje, bo imprezy odbywają się w namiocie na świeżym powietrzu, je się na papierowych talerzach plastikowymi sztućcami i siedzi ciasno na ławkach przyczepionych do stolików lub na trawie. Albo stoi. Jest trochę jak na taborze w Moku, a więc bardzo miło, a jedzenie dobre.
Nie o jedzenie jednak tu chodzi – choć są tacy, którzy poszczą cały dzień, by na noc najeść się z darmo i potem mieć koszmary – ani o luksusy i wytworność. Owe bankiety (nich będzie) to jedyny moment, kiedy można wreszcie złapać w jednym miejscu prawie wszystkich znajomych i pogadać, a odbywają się tam, przynajmniej do pewnego momentu, naprawdę ważne i poważne rozmowy i dyskusje. A nawet rozgrywają sceny. Tam się integrujemy i poznajemy nowych ludzi, umawiamy na potem, na inne wydarzenia, to niejako esencja festiwalu, po to się przyjeżdża. I nie przeszkadza nam, że musimy przekrzykiwać Doktora Misia, który śpiewa nieopodal, że jest chory na Polskę. W końcu chyba wszyscy jesteśmy.
W tym roku jednak czekała mnie niespodzianka: mediom, a przynajmniej mnie, wstęp na bankiet nie przysługiwał. W porządku, najeść można się gdzie indziej, jednak nie spodobała mi się perspektywa, że na wszystkich znajomych, za którymi się stęskniłam, będę tęsknie spoglądała płotu, poza tym uzmysłowiłam sobie (chyba trochę późno), że jestem przecież współorganizatorką bratniego festiwalu, a organizatorzy Lądka na nim goszczą, więc się zakręciłam, na nadgarstku moim oraz osoby towarzyszącej pojawiły się różowe opaski (bardzo dziękujemy) i uszczupliliśmy festiwalowe zasoby spożywcze o dwie porcje klopsików i dwa kotlety. Plus ziemniaki. Oraz odbyliśmy wiele ciekawych rozmów i dowiedzieliśmy się sporo ciekawych rzeczy.
My jednak nie jesteśmy szczególnie ważni, ot, płotki, na ogół najedzone, a pogadać od biedy możemy gdzie indziej – do strefy VIP nie miały również wstępu osoby nominowane do różnych nagród i laureaci, w tym laureaci Grand Prix. Zastanawiam się więc, jaka, według organizatorów, jest definicja VIP-a? To ktoś, kto jest ważny i sławny, bo coś osiągnął i dlatego został zaproszony na festiwal, czy ktoś, kto kupił sobie droższy karnet, bo chciał zobaczyć z bliska sławnych ludzi? Może warto, na przyszłość, ustalić jasne i eleganckie zasady? I konsekwentnie się ich trzymać?
- d. n.
Beata Słama
Zdjęcia: ja.
0 komentarzy