ODYS I ODYSEUSZ

Wszyscy piszą o „Odysei”, no to ja też, bo przecież są skały i klify oraz elementy wspinaczki. A tak naprawdę dlatego, że chcę napisać o zupełnie innym filmie.

Starsi czytelnicy pamiętają czasy, gdy mieliśmy w telewizji tylko dwa programy: pierwszy i drugi. Gdy więc leciał jakiś serial, oglądali go wszyscy. I tak my, Polacy, staliśmy się specjalistami od starożytnego Rzymu („Ja, Klaudiusz”), od dworu Tudorów (”Królowa Elżbieta”), mogliśmy też wymienić jednym tchem wszystkie sześć żon Henryka VIII. I nieźle znaliśmy się na mitologii i historii starożytnej, ponieważ oglądaliśmy też dwa włoskie seriale (choć właściwie była to koprodukcja): „Odyseja” (1968 r.) i ”Eneida” (1971 r.). Dziś trudno mi ocenić, czy były dobre, ja jednak byłam zafascynowana.  Obrazy i wątki wdrukowały mi się w pamięć (byłam mała) i stworzyły bazę pod lektury i dowiadywanie się. Pozawalały na odpowiednie skojarzenia, a czasem nawet błyśnięcie w towarzystwie. Filmy plus późniejsze lektury i nauka w szkole (a miałam wspaniałą polonistkę) w moim przypadku stworzyły bazę pojęciową pozwalającą rozumieć dygresje, odniesienia, pozwalające swobodniej poruszać się w świecie kultury. Nie byłam zresztą wyjątkiem. Tak kiedyś byliśmy wykształceni. Wystarczyło hasło „koń trojański” , „syreni śpiew” czy „być między Scyllą i Charybdą” i wiedzieliśmy, o co chodzi. Dziś, no cóż…

To zadziwiające, że przez tyle lat kino nie sięgnęło po te historie, będące przecież gotowymi scenariuszami zarówno filmu przygodowego, jak i dzieła moralnego niepokoju. A nie, była przygodówka „Troja”, z prześlicznym Achillesem Bradem Pittem („Achilles w hełmie wiejącym piórami” – „Iliada”) i królik trojański Monty Pythona.

Królik trojański, domena publiczna.

A przecież „Odyseja” jest archetypem powieści drogi, nie bez powodu mówi się „morska odyseja”, „górska odyseja”, gdy chce się opisać krótko, a sugestywnie, usilne, długie i nieprzyjemne wędrówki czy straszne przygody występujące w udręczającym ciągu.

Tak więc znakomicie, że Nolan zekranizował „Odyseję”, bo choćby była gniotem, dobrze, że zaistniała, bo może pozwoli wielu uświadomić sobie, jakie mają korzenie i włączyć się choć trochę w nurt kultury europejskiej.

Oczywiście nowa „Odyseja” gniotem nie jest jest, jest jednak filmem jakby oczywistym w swej porywającej efektowności, bo dziś nakręcić film efektowny jest dość łatwo: wizja plus zadziwiające środki filmowe, technika i coś w głowie na ogół się sprawdzają. Mamy więc oszałamiająca i niezwykle spójną estetycznie nudną „Diunę”, konsekwentnego w klimacie „Batmana” czy „Top Gun” co za efekty!) i inne przygotówki. A przede wszystkim „Władcę pierścieni”, bo, wybaczcie, gdy oglądałam „Odyseję”, ten film wciąż mi się przypominał: Hobbici zmierzają do celu i wciąż mają przygody, Odyseusz też. Choć on przybliżał się do domu, a oni jakby oddalali. On i oni jednak mieli straszne przygody, oglądaliśmy gadające drzewa, dziwne stwory i niezwykłe pejzaże – różnica wynika jedynie z poziomu refleksyjności i płynących morałów. Bo efekty efektami, ważne jest jednak to, co pod spodem.

A pod spodem „Odysei” jest trochę gorzkich, lecz dość banalnych refleksji, że wojna jest zła, a człowiek nie uczy się na błędach. Wędruje przez życie, ponosząc konsekwencje swoich wyborów.  I pozostaje się zastanowić, czy Nolan „Odyseję” zilustrował, czy to adaptacja. A może to nieważne, bo snuje opowieść, w którą się wsiąka, w końcu zapomina o Hobbitach i długo pamięta.

Niewątpliwą zaletą filmu jest to, że zdjęcia kręcone były w prawdziwych lokacjach, a nie z użyciem greenboxu – może dla ostatecznego efektu nie ma to znaczenia, jednak prędzej czy później natykamy się na zdjęcia z planu i widzimy na przykład Jake’a Gyllenhaala stojącego na zielonym tle pośród sztucznych kamieni koło namiotu, co ma być bazą pod Everestem, i robi nam się smutno, bo cała magia znika.

Znakomity jest Matt Damon – gra oszczędnie, jest bardzo skupiony, przyciąga i fascynuje. Miło rozczarowuje Anne Hathaway (szacun za brak botoksu w czole). Znakomity jest John Leguiziamo jako pasterz Eumajos – raz, że nie do poznania, dwa, to rola dramatyczna, tak różna od tego, co zwykle grywa. Lubię, gdy reżyser ma wizję i obsadza aktorów wbrew ich emploi, pozwalając im ukazać pełnię  talentu –  Eurylochosa, przybocznego Odysa, gra Hindus, co zupełnie mi nie przeszkadza. Zabawne jest to, że aktor Himesch Patel dotąd grał bohaterów pierdołowatych, teraz jest bohaterem prawdziwym i umięśnionym. W drużynie Odysa jest też Japończyk, co również mi nie przeszkadza, tak jak Afroamerykanka grająca Helenę – to epizod. Nie ma się co denerwować.  

Agamemnona mógł zagrać ktokolwiek, kto umie prosto stać i groźnie mówić.

Robert Pattison, aktor przecież znakomity, gra podłego Antinusa przerysowując, przeginając i nie niuansując  – „jak mały Kazio wyobraża sobie czarny charakter”.

Tom Holland w roli Telemacha jest drewniany.

Największym jednak błędem obsadowym (oczywiście moim zdaniem) są Charlize Theron jako Kalipso i Zendaya (wyskakująca z szafek i lodówek) jako Atena. Nie są nimfą i boginią, są śliczniutkie i są sobą. Zero kreacji. Co innego Samantha Morton, aktorka brytyjska, jako Kirke. To prawdziwe, solidne, przejmujące aktorstwo.

Kostiumy fatalne – bez wizji, faktury i stylu. Przydałaby się Małgosia Turzańska („Hamnet) czy Kate Hawley („Frankenstein”)

Podobno drużyna Odysa pływa wikińskim drakkarem, ale to nie wiem, nie znam się.

Muzyka, a właściwie ścieżka dźwiękowa, zjawiskowa i niesamowita. Autor: Ludwig Göransson. Będzie Oscar, Złoty Glob i BAFTA i co tam jeszcze. Oscar za muzykę do „Oppenheimera”  i kilka innych nagród już jest.

 *

To jednak nieprawda, że kino nie sięgało po tę historię.

Był serial „Powrót Odysa”, który jakoś przemknął. Nie widziałam.

A przede wszystkim w 2024 roku powstał film „Powrót Odyseusza”, a jego reżyserem  jest Umberto Passolini. Hrabia z urodzenia mieszkający w Londynie, reżyser niepozorny. Odyseusza gra Ralph Finnes, a Penelopę Juliette Binoche. Obejrzałam film rok temu i jeszcze raz po powrocie z kina, tuż po „Odysei”.

Film zaczyna się w momencie, gdy morze wyrzuca Odyseusza na brzeg w Itace. Nie ma wędrówki, potworów, walk i rejsów. Nie ma wojny. Reżyser zakłada, że wiemy, co ma za sobą Odyseusz. Choć gdyby miał za sobą tylko to, co zrobił w Troi – wystarczy. Ma świadomość, że właściwie jest zbrodniarzem, że zawiódł towarzyszy, jest załamany i straumatyzowany (PTSD?), jest stary i zmęczony. Bo to film również o starości i ciele. Finnes jest umięśniony i żylasty, nie jest to jednak męskość triumfująca, to męskość przemijająca. Aktor pokazuje swoje starzejące się ciało, ciało Odyseusza naznaczone bliznami, nie ma jednak w tym nic z ekshibicjonizmu, a wiele z prawdy i odwagi. Jest w swojej nagości odsłonięty, wrażliwy, narażony na ciosy. Które zresztą otrzymuje i nie zawsze daje im odpór. Ściśle z taką koncepcją pokazania Odyseusza związane są kostiumy, które, w przypadku mężczyzn, ograniczają się do przepasek na biodra i narzuconych luźno zgrzebnych tkanin. Ktoś, kto obejrzy ten film po „Odysei” Nolana może powziąć przypuszczenie, że to produkcja oszczędnościowa albo że producent był zwyczajnie skąpy – są tylko zgrzebności i surowe wnętrza kamiennego zamku. To jednak zabieg celowy, pozwalający skupić się na ludziach, emocjach, traumach. Nie jest to bowiem film o wichrach historii, a ludziach właśnie, pokazanych z bliska, z bardzo bliska. Jak relacja Odyseusza i Penelopy, która wie, że ten, na którego czekała, jest już zupełnie innym człowiekiem i trzeba będzie budować wszystko od nowa. Finnes gra jeszcze bardziej „do siebie” niż Damon, choć obaj noszą w sobie tajemnicę ukrytej siły i cierpienia.

Passolini inaczej rozłożył akcenty, inaczej zbudował postacie. Telemach jest irytującym rozwydrzonym smarkaczem, a Antinus nie tak kartykaturalny jak w wykonaniu Pattisona, raczej uważnie obserwujący i zakochany.

Tempo jest niespieszne, kontemplacyjne, zdjęcia wysmakowane. Muzyka bardziej orkiestrowa, nawiązująca do opery „Powrót Odyseusza do ojczyzny” Caludia Monteverdiego, a skomponowała ją Rachel Portman („Czekolada”, „Emma”), żona reżysera.

Film do obejrzenia na Prime Video.

Zobaczcie oba filmy, bo warto, bo to ciekawa intelektualna przygoda. Dajcie się ponieść wielkiej opowieści i kameralnemu dramatowi.

A potem przeczytajcie „Odyseję”. Macie do wyboru kilka przekładów. Siemieńskiego – archaiczny, z rusycyzmami; Parandowskiego – łatwo wchodząca proza; Chodkowskiego z 2020 i najnowszy Libery – poetycki, jest heksametr. Wybierzcie sobie.

Beata Słama

  

 

Kategorie: Film i teatr

0 komentarzy

Zostaw odpowiedź