MIĘDZY DOBREM A ZŁEM

Sławek Gortych napisał nową książkę i mam dla Was dwie dobre wiadomości: wreszcie udało mu się wyrwać z zaklętego kręgu schronisk oraz zmienił wydawnictwo, a więc i redaktorkę, co znacząco wpłynęło na jakość jego prozy.

Kiedy w zeszłym roku na spotkaniu festiwalowym w Lądku zapytałam Sławka Gortycha, czy ma zamiar wyjść z zaklętego kręgu schronisk i schematu i pokusić się o napisanie na przykład książki stricte historycznej, był lekko oburzony. Powiedział, że ta formuła mu odpowiada i zamierza kontynuować. Był też jakby w szoku, że ktoś nie jest fanem jego twórczości, widownia – złożona chyba nie tyle z fanów, ile z wyznawców – słysząc moje słowa, zaszemrała z dezaprobatą.

A jednak wyszedł, może za namową nowego wydawcy, choć tylko ze schronisk, a ze schematu nie do końca.

Akcja Święta Karkonoszy, tak jak akcja poprzednich jego książki, rozgrywa się na dwóch planach, kiedyś i współcześnie.

Kiedyś: rok 1948, Jelenia Góra, Polacy, Rosjanie, Niemcy, którzy jeszcze nie do końca się wynieśli, a wszystko oglądane oczami młodego Bronisława Kowalewskiego, przybyłego na Ziemie Odzyskane ze Wschodu. On jakoś porusza się w nowej rzeczywistości, jego matka nie może otrząsnąć się z szoku wysiedlenia. Bronek poznaje samotną Niemkę z córką i nawiązuje się między nimi nić porozumienia, co pokazane z subtelnie i z wyczuciem.

Współczesność: syn Kowalewskiego, echa przeszłości i intryga miłosno-kryminalna plus góry.

 Tak jak w poprzednich książkach, cześć retrospekcyjna jest napisana o wiele lepiej, ma klimat, jest sugestywna, a postacie wielowymiarowe. Z początku wydaje się, że osią części współczesnej będzie to, iż w ogrodzie bohatera odnalezione zostają ludzkie szczątki, co wiąże jego historię z przeszłością, jednak autor nie kontynuuje konsekwentnie tego wątku, skręca za to w stronę marnej intrygi: w rolach głównych zdrada, zazdrość i  morderstwo w górskich mgłach.

Co warte uwagi, tym razem Gortych podążył ścieżką Katarzyny Zyskowskiej, która w książce Nocami krzyczą sarny trudną kwestię ziem przygranicznych sprowadziła do aspektu osobistego, do indywidualnych dramatów Bogu ducha winnych ludzi, ofiar szaleństwa polityków. Takie spojrzenie sprawia, że obraz przestaje być propagandowo czarno-biały, nie ma już złych Niemców i dobrych Polaków, katów i ofiar. Role chwilami się odwracają, bo ludzkie ułomności i łajdactwo nie mają narodowości. Gdyby przeczytał tę książkę jakiś zagorzały konfiarz uznałby, że jest antypolska. A ona jest po prostu o ludziach.

Jak już napisałam, wątek współczesny co najmniej rozczarowuje – są góry, jest schronisko, ale wprowadzone jakby na siłę. Fabuła niespójna, a przede wszystkim nieciekawa.

Nie cenię Sławka Gortycha, od Remigiusza Mroza odróżnia go co prawda ambitne podejście do kwestii historycznych i doskonały research, jednak na poziomie języka obaj przegrywają, bo nie opisują, a informują. To język pozbawiony cech indywidualnych i oryginalności. Nie do końca poprawny i chropawy. I lepszy nie będzie, bo talent albo się ma, albo się go nie ma, talentu nie da się wypracować, nie pojawi się wraz z liczbą zapisanych stron, skoro nie błysnął już na początku.

Ale czy trzeba? Książki obu autorów sprzedają się w ogromnych nakładach, czytelnicy na nie czekają i może to wystarczy?

Mnie, co prawda nie, ale jestem w mniejszości, więc nie ma się co denerwować.

Polecam natomiast spotkania z panem Gortychem – są znakomite.

Sławek Gortych, Święto Karkonoszy, WAB, Warszawa 2025.

Beata Słama  

Kategorie: Książki

0 komentarzy

Zostaw odpowiedź