FESTIWAL W LĄDKU – HISTORIA UCZUCIA
Cz. 1
To se ne vrati
Jestem z festiwalem w Lądku od pierwszej edycji, czyli od 1995 roku. Był pierwszym, a właściwie drugim, festiwalem górskim w Polsce, jednak ten pierwszy, w Katowicach, miał tylko trzy edycje. I nazywał się Przegląd Filmów Górskich. Był nasz, ludzi gór, bo wtedy istniało jeszcze zwarte środowisko górskie, był oknem na świat, czasem wyczekiwanych spotkań. Czy za nim tęsknię? Tak. Brak mi kameralności, skupienia, linearności i bliskości.

Byłam przy tym, gdy Zbyszek i Aśka Piotrowiczowie ten festiwal wymyślili, choć potem, z różnych powodów, został tylko Zbyszek. Program był napisany na maszynie. W małej sali kina w Domu Zdrojowym (już wtedy w lekkiej ruinie) oglądało się filmy, nowe i archiwalne, z taśmy i z wideo. Była to jedyna okazja, by obejrzeć dzieła zagraniczne! Były jak objawienie. Patrzyliśmy na górskich nadludzi ubranych w niesamowite ciuchy, w dodatku kolorowe, wbijających się w skały i lody z niesamowitym sprzętem, wzdychaliśmy i zazdrościliśmy. Oglądaliśmy też filmy polskie, na początku kręcone niemal chałupniczo. Początkujący reżyserzy rejestrowali drogę dojazdową, podejściową, jedzenie kanapek i pakowanie plecaków, każde zdobycie szczytu czy ukończenie drogi odbywało się do wtóru muzyki z „Ostatniego Mohikanina”. Potem były coraz lepsze i lepsze, dało się kupić dobry sprzęt do kręcenia, rodzimi twórcy zachłysnęli się nowymi możliwościami, więc przez jakiś czas królowały kadry ze wspinaczami filmowanymi z góry i ze zwisu w ścianie. Jeszcze, jednak i niestety, dużo wody upłynęło w górskich potokach, zanim polskie filmy górskie zaczęły trochę przypominać te zagraniczne. Choć powstało kilka naprawdę dobrych, polskim produkcjom nadal często brakuje rozmachu, nowoczesnej i pomysłowej formy i humoru.
W czasach początku najważniejszym punktem programu festiwalu były filmy właśnie, po to został zorganizowany. Dziś telepią się na marginesie, bo wobec przeładowania programu niewielu ma czas je oglądać.
Koncert był jeden. W ciasnym kinoteatrze. Ale od początku było ambitnie. Pamiętam koncert zespołu Wolna Grupa Bukowina (co za wzruszenia, wszyscy śpiewaliśmy z nimi „Majstra Biedę”), sióstr Przybysz i Terbuniów Tutków z Kiniorskim. Potem koncerty odbywały się na scenie w ogrodzie Geovity. A może tylko jeden? Nie pamiętam.
Imprezowało się w szałasie koło Geovity właśnie, wtedy nie znaliśmy jeszcze słowa „afterparty”! Kiedyś występował czeski zespół przygrywający na dancingach (światowe przeboje po czesku – niezapomniane), innym razem didżejem był Alex Txikon.

Po piwo i do kibelka stało się w długiej kolejce, było ciasno, trochę obskurnie, ale dużo się gadało, piło, dyskutowało i tańczyło.

Kiedyś ochrona chciała wyprowadzić Krzyśka Wielickiego, Piotra Morawskiego, Olgę Morawską i mnie, bo nie zachowaliśmy się zgodnie z ich oczekiwaniami, tzn. Piotrek podciągał się na belce w rytm muzyki, a my się cieszyliśmy. Ten eksces był jednak igraszką w porównaniu z tym, co działo się w latach późniejszych, gdy doktor Banasiewicz odpalił gaśnicę i polał (popsikał, popryskał?) muzyków i sprzęt, i gdy Thomas Huber, lub ktoś z jego zespołu, wspinał się do pokoju po rynnie i ją urwał. Tak powstają miejskie legendy.
Andrzej Zawada przybywał pociągiem – bo wtedy jeszcze pociąg do Lądka dojeżdżał – i sadził drzewa. Czy jeszcze rosną?

Potem festiwal otwierała Anna Milewska – niestety już nie przyjeżdża.

Pewnego roku tybetańscy mnisi sypali mandalę. Atmosfera była natchniona, uduchowiona i niesamowita.

Potem zmietli ją jednym ruchem ręki, zebrali ryż i wsypali do Białej Lądeckiej, na pomyślność.

Przez jakiś czas chyba działało. A potem przestało.
Ciąg dalszy nastąpi.
Wszystkie zdjęcia Beata Słama.
Beata Słama
0 komentarzy