KRUPÓWKI SALONEM ZAKOPANEGO, ZAKOPANE SALONEM PODHALA, PODHALE SALONEM POLSKI

cz. 2 KULTURA

Skoro salon, to i kultura. Skoro salon, to kultura wysoka (nazwijmy ją tak roboczo, by odróżnić od przytupów, festynów i imprez o charakterze sakralnym). Patrząc jednak  na dzisiejsze Zakopane trudno uwierzyć, że było kiedyś prawdziwym salonem kulturalnym kraju. Zjeżdżali się tu na występy i pobyty najwybitniejsi artyści: muzycy, malarze, pisarze… Dziś Zakopane to kulturalna prowincja, władze od lat nie mają pomysłu na to, jaka ta zakopiańska kultura miałaby być, nie mają na politykę kulturalną planu, decyzje podejmowane są doraźnie i nie rządzi nimi merytoryka, a fochy, osobiste sympatie i antypatie. Kultura ma mieć taki poziom, jaki jest poziom intelektualny aktualnych  decydentów, to, co ponad (czyli prawie wszystko), spotyka się z podejrzliwością, nieufnością i niechęcią, a przede wszystkim z całkowitym brakiem zrozumienia.

Utarło się, że za kulturalną politykę Zakopanego odpowiedzialny jest jeden z wiceburmistrzów. Ostatnim wice, który miał jakie takie pojęcie o kulturze, był Mariusz Koperski, ponad dwie kadencje temu. (I tu, jak to w małym mieście, sprawa natychmiast wskakuje na poziom personalny: koleguję się z Mariuszem, a panie z urzędu miasta odpowiedzialne za kulturę są przekonane, że piszę to, co on mi każe, i że spiskujemy przeciwko nim. Tłumaczenie, że tak nie jest, obraziłoby Waszą, drodzy Czytelnicy, inteligencję, moją i Mariusza).

Tak więc ostatnim wice b. od kultury, któremu kultura wysoka była bliska i który jest odbiorcą, a także twórcą tejże kultury, był właśnie Mariusz Koperski: germanista, pisarz, oczytany, otwarty na świat, myślący szeroko, z kontaktami, w dodatku od lat samorządowiec. Potem przez osiem lat mieliśmy panią Nowak-Gąsienicę, która uważa, że nauka o zdrowiu seksualizuje dzieci i która na Sylwestrze Marzeń bujała się pod sceną z Jackiem Kurskim.

Znajoma od dawna działająca w zakopiańskiej kulturze powiedziała mi niedawno, że wydawało się, iż gorzej niż za pani Nowak-Gąsienicy być nie może. Okazało się, że może. Bo teraz mamy panią Iwonę Grzebyk-Dulak z Krynicy, oficerkę policji, która przegrała wybory na burmistrza w Krynicy. To, że została wiceburmistrzynią Zakopanego jest dla zakopiańskich samorządowców, szczególnie tych, którzy mają pojęcia o kulturze, jak policzek.

Pani Grzebyk-Dulak być może zna się na kwestiach administracyjnych, może dobrze zarządza zespołem i szybko podejmuje decyzje, nie rozumie jednak specyfiki Zakopanego, nie zna jego historii, nie jest też konsumentką kultury wysokiej, a jednak chce o niej decydować, i to nie o kwestiach finansowych, a o jej kształcie. Oczywiście kierując się tym, co w kulturze jest ważne i prestiżowe w jej pojęciu. A dla niej prestiżowe jest sfotografowanie się z Majką Jeżowską (nie mam nic do pani Majki) czy pokaz obciachowej mody folk glamour.  

Po lewej Joanna Staszak, naczelniczka wydziału kultury UM, po prawej, wice b.Zakopanego Iwona Gerzebyk-Dulak.

Fot. B. Słama.

Niedawno zakończył się Zakopiański Festiwal Literacki, podczas bankietu pani wice miała okazję sfotografować się z najwybitniejszymi polskimi pisarzami i posłać w świat sygnał: patrzcie, jak znakomicie zarządzam zakopiańską kulturą, w naszym mieście jest miejsce również dla kultury wysokiej, w tę stronę zmierzamy, chcemy przyciągnąć bardziej wymagających gości. Nie skorzystała, bo nie przyszła. Tak jak dyrektorka festiwalu i miejskiej biblioteki Bożena Gąsienica i pani naczelnik wydziału kultury od stu lat pani Joanna Staszak. Zupełnie jakby nie rozumiały, że również kultura wysoka promuje miasto, podnosi jego rangę. Zupełnie, jakby się obraziły.

Jak to z zakopiańską kulturą jest, można zilustrować właśnie na przykładzie Zakopiańskiego Festiwalu Literackiego.

W tym roku odbyła się jedenasta jego edycja. Choć trudno w to uwierzyć, przez dziewięć lat organizowali go urzędnicy i dyrektorka biblioteki, dyrektora artystycznego nie było. Festiwal zaczął się w przytupem, jednak po pierwszej edycji Wydawnictwo Czarne się wycofało, wycofali się też sprzedawcy książek, bo zrozumieli, że w Zakopanem zbyt wielu książek nie sprzedadzą, ponieważ miłośnicy literatury w lecie do Zako zbyt licznie nie przyjeżdżają. TPN przestał się włączać.

Ktoś mógłby powiedzieć: no właśnie, skoro tak, to po co w Zakopanem festiwal? Nie zejdźmy na manowce myślenia, że taka impreza, jak festiwal literacki, musi być masowa, dla wszystkich, a w dodatku przynosić pieniądze. Nie, to z definicji wydarzenie niszowe, z definicji ma przyciągać określoną grupę odbiorców. Choć…

Sopot. Jest, co ironiczne, miastem partnerskim Zakopanego. Od piętnastu lat, w sierpniu, odbywa się tam festiwal Literacki Sopot. Wakacje, atmosfera plażowa, wakacyjni goście zbliżeni są charakterem i składem do wakacyjnych gości w Zakopanem, plaża, parawany, gofry, dmuchane krokodyle. A jednak sopocki festiwal przyciąga tysiące ludzi, choć zapewne nie było tak od pierwszej edycji. Jego organizatorzy cierpliwie budowali markę, przyzwyczajali czytelników i wydawców. No i rzecz ważna: sopoccy włodarze, przedtem Jacek Karnowski, a teraz Magdalena Czarzyńska-Jachim, to ludzie żywo zainteresowani kulturą, jej zaangażowani odbiorcy, rozumiejący, że jest potrzebna, a nawet konieczna.

Dlaczego festiwal zakopiański nie odniósł (jeszcze) takiego sukcesu? Przez te wszystkie lata jakoś się toczył, przyjeżdżali fajni autorzy, były fajne koncerty, jednak z roku na rok tracił energię, widać było brak pomysłów, znużenie, podążanie po linii najmniejszego oporu, przekonanie, może nie wyrażane na głos, że nie jest ważny, że Zakopane takiego festiwalu nie potrzebuje. Za jego koniec można uznać niefortunny pomysł przeniesienia go do małej salki w Mediatece na dworcu kolejowym. Mediateka to świetne i potrzebne miejsce – książki, komputery, spokój, przemiłe panie – sama chętnie tam wpadam, jest jednak na uboczu, zakopiańczycy, o ile nie wybierają się w podróż, rzadko w te rejony miasta zaglądają. Nie ma gdzie zaparkować auta. W czasie ostatniego festiwalu był tam kiermasz książek, sprzedawcy byli wściekli, bo prawie niczego nie sprzedali.

I nagle, przed dziesiątą edycją, pan burmistrz Filipowicz wykazał się wizjonerstwem, a właściwie zdrowym rozsądkiem, i zaproponował Mariuszowi Koperskiemu, by został dyrektorem artystycznym festiwalu. Dziesiąta edycja udała się znakomicie, takoż jedenasta. Mieliśmy okazję posłuchać wybitnych pisarzy i krytyków, była to uczta intelektualna, do Zakopanego przybył świat. 

W tym roku Koperski wymyślił drugi, oprócz Literackiej Nagrody Zakopanego, konkurs literacki – na najbardziej awangardową prozę roku, co daje zakopiańskiemu festiwalowi szansę wypłynięciu na ogólnopolskie literackie wody. Dzięki swoim kontaktom załatwił też pieniądze na tę nagrodę – niemałą, bo 30 000 tysięcy. Nagroda miała się nazywać Witkacy, co jest logiczne, ale nie przeszło, nazywa się więc dziwnie: Nagroda Sponsora Festiwalu (Hotele Nosalowy – brawo!).

Włączyła się „Wyborcza”,  włączył Teatr Witkacego, a Czarne, jedno z najlepszych wydawnictw w Polsce, obchodziło na festiwalu swoje urodziny.

Tak więc dyrektorowanie Koperskiego zapowiada się nieźle… lecz, czy się zapowiada? Aby zbudować spójną wizję imprezy, przyzwyczaić publiczność do tego, że Zakopane to również kultura wysoka i ambitne przedsięwzięcia, potrzeba kilku lat, cierpliwości, przemyślanych i konsekwentnych działań. Lecz jeśli sądzicie, że Koperski dostał szansę, carte blanche, wolną rękę, swobodę i został obdarzony zaufaniem, to się mylicie. Po poprzedniej edycji nie wiedział, czy poprowadzi następną, po tej również trwał w niepewności, bo znów musiały „zapaść decyzje”. Znów były fochy i zastrzeżenia. A może zwykła zazdrość?

Oczywiście nie oczekuję, że wice, a nawet cały burmistrz, będzie wyrafinowanym intelektualistą czytającym niszowych pisarzy austriackich, oczekuję jednak, by był na tyle inteligentny, by mieć świadomość, na czym się nie zna, słuchał, tych, którzy się znają i umiejętnie delegował zadania. Oczekuję cynicznej socjotechniki – złapać jakiegoś gościa, który wie, jak się organizuje wydarzenia kulturalne i któremu się chce, niech robi swoje, a zasługi i tak spłyną na włodarzy miasta.

Jak już napisałam, festiwal się udał, tymczasem z jakichś powodów dla pani wice b. i pani Gąsienicy nie są istotne głosy, które mówią: „Znakomita impreza, nareszcie coś ambitnego, oby tak dalej”.

Wolą słuchać:

„No bo znowu jakiś festiwal dla nie wiadomo kogo jakąś babę z Niemiec zaprosili jasne Koperski jest germanista to z Niemiec zaprasza a o góralskiej kulturze, literaturze to nic nie ma nie można zrozumieć co ci autorzy gadają a górale góralskość góralszczyzna folklor tradycja ojczyzna swojszczyzna a nie wszędzie to lewactwo”.    

Kultura regionalna ma się znakomicie. Jest znakomity Festiwal Folkloru Ziem Górskich, są występy, śpasy, Sabałowe Bajania, domy kultury, warsztaty, koła gospodyń, kumoterki, owczarki, konkurs poetycki,  jest wreszcie Czerwony Dwór z bardzo interesującym programem kulturalnym. Mało? Naprawdę?

„Bo jakieś geje dostały nagrody kto dopuścił jak tak można geje powiedziały burmistrzowi ludzie byli zgorszeni mówili jak tak można że geje czyja to wina niedopuszczalne te geje”.

Nagrody dostali znakomici pisarze. Gdyby sytuacja osób LGBT w Polsce była normalna i gdyby mieli takie same prawa, jak wszyscy obywatele, nie musieliby domagać się ich publicznie. Laureaci podjęli decyzję, że tę kwestię poruszą. Są dorośli. Szukanie winnych? Czemu winnych? Co takiego się stało, że trzeba szukać winowajców?

Halo, mam sprawdzone info: w Zakopanem i na Podhalu mieszka wiele osób LGBT, ba, są nawet osoby po zmianie płci.  I to się nie zmieni, więc radzę się przyzwyczaić.

I jak to teraz będzie  – państwo z urzędu miasta zamierzają pilnować, by wśród gości festiwalu nie znaleźli się już nigdy żadna lesbijka czy gej? By w Galerii Miejskiej na żadnej wystawie nie pokazano pracy osoby homoseksualnej?

Są też inne głosy:

„Bo pieniędzy nie ma na nic na drogi płoty a tu jakiś festiwal co kosztuje za czyje to w ogóle pieniądze kto daje moja matka rok w kolejce do lekarza czekała bo pieniędzy na leczenie ludzi nie ma a tu jakiś festiwal”.

Na kulturę nigdy nie ma pieniędzy. Budżet ZFL jest naciągany jak za krótka kołdra i gdyby nie starania Mariusza Koperskiego, byłoby słabo. Spotkania Antropologiczne, organizowane od wielu lat przez Fundację  Zakopiańczycy w Poszukiwaniu Tożsamości, w tym roku pieniędzy nie dostały – jasne, to niszowa impreza, ludzi mało, no i kto tam rozumie, co gadają ci naukowcy jacyś. Dostał za to zupełnie niepotrzebny festiwal kryminału. Bo wiadomo: jest dla mitycznych wszystkich. A pani wice b. przecież z policji. I pieniądze jakoś się znalazły.

„Celebryci muszą być celebryci sławne osoby to ludzie przyjdą najlepiej jakaś aktorka co napisała biografię powieść czy coś”.

Na ZFL byli „celebryci” polskiej literatury (w tym roku: Bralczyk, Ogórek, Tarczyński, Szczerek, Murek, Varga, Franczak i inni), mają tylko takiego pecha, że nie występują w koncercie Lata z Radiem, a panie od kultury ich nie znają. Na wspomnianym już festiwalu w Sopocie celebrytów bywa niewielu, tam się nie patyczkują i nie grają pod publiczkę. W zeszłym roku głównym wątkiem była literatura rumuńska, w tym portugalska – ilu pisarzy rumuńskich i portugalskich potraficie wymienić jednym tchem? Mimo to na każdym spotkaniu jest kilkaset osób. Tak działa budowanie marki.

Kolejny głos:

„Festiwale literackie się kończą festiwale literackie się przeżyły kto przyjeżdża na takie festiwale no nikt pustki są kilka osób dla kogo to w ogóle”.

Bzdura. Festiwale literackie mają się doskonale. Organizowane są w całej Polsce, małe i większe, w mniejszych i większy miastach, mają wiernych odbiorców: Festiwal Haupta w Gorlicach (ok. 25 000 mieszkańców), Granatowe Góry w Wiśle (ok. 10 500 mieszkańców), Góry Literatury i Rzeki Literatury na Dolnym Śląsku, Żar Literatury w Żorach (ok. 61 000 mieszkańców), że wymienię tylko kilka. Gromadzą plemię wrażliwców, ludzi ciekawych świata, którzy chcą coś ponad szarość i miałkość. I nigdy nie są dochodowe, zawsze bazują na sponsorach.

„E po co nam taki duży festiwal tylu autorów lokalnych promujmy naszych swoich górali zakopiańczyków ziomków rodaków z dziada pradziada”.

Pomysł z promowaniem „naszych” nawet niezły, ale jak to z tymi „naszymi” jest? W Zakopanem i na Podhalu mieszka kilkoro autorów: najbardziej znana w kraju i nagradzana Beata Sabała-Zielińska, Maciej Pinkwart (ogromny dorobek), Mariusz Koperski (kilka książek), Maria Gąsienica-Zawadzka (kilka książek), Agnieszka Szymaszek, Marek Grocholski, Maciej Krupa, Kuba Szpilka, Piotr Mazik, i ja, Beata Słama. Czy wiecie, że żadnemu z tych autorów miejska biblioteka nie zorganizowała spotkania? Że jesteśmy dla wydziału kultury urzędu miasta niewidzialni? Spotkania organizujemy sobie sami w zaprzyjaźnionych kawiarniach, sprzyja nam też Muzeum Tatrzańskie, czasem sami je sobie nawzajem prowadzimy. Ostatnio, co prawda, spotkanie miała Gąsienica-Zawadzka i jest „gwiazdą” dziwacznego festiwalu kryminalnego, ale to tania zagrywka personalna pani dyrektorki biblioteki, tak jak w przypadku Agnieszki Szymaszek. Tak się składa, że to autorki niewybitne.  

Kto ma więc być gościem takiego festiwalu? Ja, Beata Słama, nie – nie mogę być ani gościem, ani prowadzić spotkań, ani włączyć się w organizację, bo panie od kultury mnie nie lubią. Za krytykę, a trzeba być grzecznym. Sabała-Zielińska się obraziła (nie dziwię się), Koperski nie będzie promował sam siebie, Pinkwart nie wiem – należy mu się nagroda za całokształt, ale nagrody nie ma, bo pan się komuś w UM nie podoba za coś tam. Maria Gąsienica-Zawadzka z pewnością przyjmie zaproszenie, Agnieszka  Szymaszek też. Trochę mało. No, ale są przecież twórcy góralscy. Mimo to to trochę za mało, więc byłby to naprawdę bardzo kameralny festiwal. Dokładnie taki, o jakim marzy pani dyrektorka biblioteki miejskiej.

*

Skłamałabym, gdym twierdziła, że  Zakopanem kultury ambitnej nie ma. Są imprezy mające wieloletnią tradycję, tak się jednak składa, że są to wydarzenia głównie muzyczne.

Jest festiwal organowy – ostatnio, co prawda, zwolnili długoletniego  dyrektora, bo pewnie nie był grzeczny, choć na muzyce zna się doskonale, ale nie z paniami od kultury takie numery, że ktoś się zna. Ma być miły i się podobać.

Ważną i ambitną placówką kulturalną jest Muzeum Tatrzańskie.

Liczymy, że Galeria Miejska pod nową dyrekcją rozkwitnie.

Są „audycje” Fundacji Ściana Tatr poświęcone artystom zakopiańskim, dotowane przez miasto.

Jest Teatr Witkacego i Atelier Witkacy.

Można jednak odnieść wrażenie, że ambitna oferta kulturalna, której decyduje miasto, kurczy się i marnieje.

Był Festiwal Filmów o Sztuce – nie ma.

Festiwal Inspirowane Górami, kiedyś impreza dla bardziej wymagających odbiorców, została sprowadzona do parteru w myśl koncepcji urzędników, że wszystko ma być dla wszystkich. A tymczasem powinna mieć dyrektora artystycznego. I nie eksploatować tematów, które były maglowane przez cały rok: ratownicy, przewodnicy, w tym roku: budowlanka i Kenar.

Mamy Zakopiańską Wiosnę Jazzową, lecz usłyszałam wypowiedź któregoś z decydentów, że jego program powinien być dla szerszej publiczności.

Większość ambitnych imprez kulturalnych to nie są inicjatywy miasta, choć miasto czasem dorzuca trochę grosza.

Jest Atma – oddział Muzeum Narodowego w Krakowie.

Jest Festiwal Muzyka na Szczytach – zainicjowane przez osoby prywatne.

Są świetne koncerty U Wnuka.   

Jeśli przyjeżdżają (rzadko) znani artyści, na ogół również jest to inicjatywa prywatna – artystów sprowadzali Nosalowy Dwór i Paulina Martini.

O spektaklach teatralnych zapomnijmy. Przybywają czasem komedie i wodewile.

Natomiast literatura w kulturalnej przestrzeni miasta prawie nie istnieje.

Są spotkania Czarno na Białym, miasto nawet je dofinansowuje, lecz to wszystko.

Biblioteka miejska nie ma pomysłu, jak promować literaturę, nie ma programu wydarzeń. Nie ma cyklu spotkań literackich, zapraszani są autorzy przypadkowi, często mało znani, od Sasa do lasa. Może nie ma pieniędzy? No to trzeba je zdobyć. Ach, ale to by wymagało wysiłku i zapału, ambicji. A tego zdecydowanie brak.

Zakopane jest jednym z najbardziej znanych miast w Polsce. Ma też jednak opinię miasta najbardziej obciachowego i szmirowatego. Może pora to zmienić? Może pora sprawić, by przyjeżdżali do nas nie tylko miłośnicy karczm, wódy, dorożek, golonki i tłoku?

Może pora sprawić, by mieszkańcy, dla których kultura jest ważna, przestali być traktowani jak powietrze?

Warto spróbować. Szczególnie, że splendor spłynie na wszystkich.

Warto pozwolić działać ludziom, którzy na kulturze się znają i dla których jest ważna. I im nie przeszkadzać.

Beata Słama

 

 

 

 

Kategorie: Felietony

0 komentarzy

Zostaw odpowiedź