CZEKAJĄC NA JOE, CZYLI CO SIĘ DZIEJE, GDY DOTKNIEMY PUSTKI

(recenzja z 2003 r.)

 Jeśli chodzi o pełnometrażowe filmy górskie, kinematografia nigdy nas nie rozpieszczała – można właściwie założyć, że jeśli na ekranie pojawiają się góry, film będzie gniotem, no, chyba że jest to Władca Pierścieni, ale tam wspinania jest raczej mało. Nic więc dziwnego, że każda pozycja filmowo-górska jest niecierpliwie wyczekiwana, a sale kinowe zapełniają charakterystyczni osobnicy z plecaczkami, w goreteksach i polarach.

Czekając na Joe, choć jest najlepszym chyba filmem górskim, jaki do tej pory nakręcono, a jego siłą jest uniwersalność i to, że choć jest on o wspinaniu, to wspinanie stanowi zaledwie jedną trzecią filmu. Że choć jest on wspinaniu, traktuje o wielu innych sprawach i każdy wrażliwy widz znajdzie w nim coś dla siebie. To film dla wszystkich, no, może z wyjątkiem ludzi, którzy patrząc na wspinaczy, wykrzykują: „Jebana ludzka rasa, za ch… bym tam nie wlazł”.

Ogromną zaletą tego filmu, przynajmniej dla mnie, jest to, że nie jest amerykański. Gdyby bowiem był to film amerykański, to nic nie zostałoby nam oszczędzone – ani symfoniczna muzyka w tle, ani najazdy kamery na twarze bohaterów w co bardziej dramatycznych momentach, kiedy to aktor klasy B (ponieważ aktorzy klasy A z jakichś przyczyn w filmach górskich nie grywają) mógłby uzewnętrznić na swym wyrazistym aktorskim obliczu całą gamę targających nim uczuć. Na finał zafundowano by nam na pewno kilka solidnych porcji wiary w człowieka, przyjaźń, Boga, honor, a może i ojczyznę.

Reżyser Czekając na Joe wybrał najwłaściwszą, jak się wydaje, formę ‒ paradokument, niepozstawiający miejsca na egzaltację i ferowanie zbyt oczywistych wyroków. Nie ma tam taniej dydaktyki, a wszystko, co chcemy wiedzieć, możemy wyczytać z twarzy relacjonujących całe wydarzenie bohaterów. Zawieszenie głosu, drgnięcie powieki, uśmiech lub odwracanie wzroku od kamery ‒ to buduje nastrój i mówi o emocjach i uczuciach więcej niż jakiekolwiek słowa.

Mimo egzystencjalnych głębi, jakie można w tym filmie znaleźć, widzów zajmujowały na początek dwie kwestie: kto i dlaczego w tak idiotyczny sposób przetłumaczył tytuł i czy można było jednak Joego nie odcinać. W salonowych rozmowach pomysł gonił pomysł, wszyscy motali w myślach półwyblinki i flagowe, lecz są to naprawdę kwestie marginalne, ponieważ moim daniem jest to przede wszystkim film o paradoksie. A paradoks polega na tym, że jeden z bohaterów, dokonując czynu (odcięcie partnera) nagannego z punktu widzenia etyki i etosu wspinania, czynu obciążonego odium karygodności, ratuje życie swoje i przyjaciele. Choć, oczywiście, wyjmując scyzoryk, ma na myśli raczej uratowanie siebie. Jestem zdania, że nie ma ani wydarzeń jednoznacznie złych, ani jednoznacznie dobrych, tak zadziwiające wolty mają w swoim repertuarze przyczyna i skutek – quod erat demonstrandum.

Kiedy Joe łamie nogę, Simon jest wściekły i tego nie ukrywa. Miał zupełnie inne plany. Czy nie byliście w podobnej sytuacji? Czy naturalną reakcją na kryzys nie jest w pierwszym odruchu chęć ucieczki? Co decyduje, że jednak (choć nie wszyscy) zostajemy i robimy to, co należy zrobić? Czy zależy to od stopnia naszego moralnego „uorganizowania”, a może od tego, czy jesteśmy dobrymi chrześcijanami? Od tego, jak zostaliśmy wychowani, czy od tego, że sami z siebie, bez sączonego nam w uszy dydaktycznego smrodku, potrafimy odróżnić to, co właściwe, od tego, co niewłaściwe?

Simon zmaga się ze sobą jak, nie przymierzając, ksiądz Piotr z Szatanem. Na naszych oczach rozgrywa się walka dobra ze złem, chęć ucieczki z poczuciem powinności. Tym razem, choć z trudem, zwycięża powinność.

Nie sposób nie zadać sobie w tym miejscu pytania, jak postąpimy my, gdy znajdziemy się w takiej sytuacji? Czy będziemy się upierali, że było trudno, zimno i tak wysoko, że przestały obowiązywać jakiekolwiek zasady? Dla mnie jest to więc film o tym, że może nie jest istotne, z jakich pobudek działamy, ważne jest, że w ostateczności postępujemy właściwie, a przyznanie się do słabości czy też niekryształowości charakteru dodaje nam tylko człowieczeństwa i budzi większe zaufanie niż moralna fanfaronada. Zwana też pychą i brakiem pokory.

Okazało się również, że jest to film o Bogu, lub o tym, że Boga nie ma. Dla mnie, jako osoby niewierzącej, miał on wymowę buddyjską. Kiedy Joe tkwi w szczelinie, zza kadru słyszymy, że choć wychowany został po katolicku, stopniowo tracił wiarę i stojąc oko w oko ze śmiercią, nie przyzywał Boga, by prosić go o ratunek. Był tylko on i jego umysł, który, jak mówią buddyści, jest niczym wiatr ‒ chmury przywiewa i chmury rozwiewa. Od nas zależy, czy oddamy się we władanie demonów, czy zwycięży pragmatyzm i zdrowy rozsądek, czy umrzemy, czy będziemy żyli. Gdy powiedziałam to głośno, usłyszałam: „A czy to, że po zjechaniu na dno szczeliny znalazł z niej wyjście, nie jest dowodem na istnienie Boga? Czy to nie Bóg przez cały czas nad nim czuwał i pomagał podejmować słuszne decyzje?”. Film nawet nie próbuje na to odpowiedzieć, dzięki czemu powstaje ogromne pole do dyskusji.

Jest to również film o umieraniu. Nie o śmierci, która dopada nagle, lecz o umieraniu jako o procesie składającym się kolejnych etapów – bunt, walka, akceptacja, rezygnacja. Na początku Joe walczy, choć jednocześnie zdaje sobie sprawę, że w każdej chwili może umrzeć. Jest niepokorny, lecz wykazujący pokorę wobec tego, co się może zdarzyć, i niezwykłą odwagę wobec śmierci, która dla niego jest przecież ostatecznym końcem, bez świetlistego tunelu i Sądu Ostatecznego.

Dla mnie najbardziej wstrząsająca jest chwila, w której doszło do tak skrajnej degradacji fizycznej Joego, że zaczyna mu być mu wszystko jedno, czy okaże się odważny, czy też nie. Czy będzie żył, czy umrze. Była to chwila, w której materia nie uwolniła ducha, lecz go zabiła. Kiedy dochodzi się do takiego punktu, śmierć fizyczna jest już tylko kwestią czasu. Od tego momentu to, że Joe nie umiera, można przypisać jedynie szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Jest to więc również film o tym, że psycha to podstawa.

Wreszcie jest to dla mnie film o trwodze samotności. Mam w uszach banalne zdanie: „Każdy jest samotną wyspą”, lecz dopiero ten film sprawił, iż to zdanie wypełniło się zatrważającą treścią. I nie chodzi tu o samotność fizyczną. Uświadomienie sobie tego, że jest się samotnym, jest bezgranicznie bolesne, ale może też i piękne, ponieważ daje siłę. Znów powraca buddyzm – zależymy tylko od siebie, w każdym wyborze i decyzji, w każdym uczuciu i emocji. Nie ma czegoś takiego jak współ-czucie (choć buddyści starają się współczuć z całych sił i to jest motorem ich działań i pryzmatem, przez który widzą świat), choćby intencje osób nam bliskich były jak najlepsze. Jesteśmy też sami w obliczu śmierci, nikt nas przez ten straszny proces za rękę nie przeprowadzi. Powinniśmy nauczyć się tego i dobrze o tym pamiętać, choćby po to, żeby godnie umierać, choćby po to, żeby godnie towarzyszyć umierającym.

„Każdy jest samotną wyspą, a ja jestem pieprzona Ibizą” – mówił bohater filmu Był sobie chłopiec grany przez Hugh Granta. Dramat, a może szczęście Joego polega na tym, że on w najmniejszym stopniu nie jest Ibizą. Jest wsypą opuszczoną i skalistą. Niedostępną, może nawet trochę brzydką. Jest silną osobowością, jest zamknięty, nie ma w nim miękkości Simona, jest jakby mniej ludzki, mniej przyswajalny. Jest w nim tajemnica i chropawość. Pewne wyobcowanie. Być może, gdyby był inny, nie przeżyłby. A więc dla mnie jest to film o samotności razy dwa. O tym, że być może, aby dokonywać rzeczy wielkich, trzeba być osobnym, a nawet bezwzględnym. Może ceną wielkości jest samotność i nieprzystawalność?

A może ceną stanięcia oko w oko ze śmiercią jest na zawsze wyobcowanie? A może… A może… A może…

A może Czekając na Joe to film o dwóch facetach, którzy poszli się wspinać, jeden drugiego odciął, ale wszystko dobrze się skończyło i były fajne zdjęcia i ładna muzyka? Między innymi zespołu Boney M?

 

Beata Słama

Kategorie: Film i teatr

Dodaj komentarz