REFLEKSJE PRZY ZBIERANIU ŚMIECI

Zbliża się lato, w góry ruszą tłumy turystów i taterników, a wraz z nimi na tatrzańskich szlakach pojawią się śmiecie. Śmiecimy bowiem, czy tego chcemy, czy nie, warto więc przypomnieć kilka faktów na temat śmieci, a także dowiedzieć się, jak zachowywać się w górach, by pozostawić je w czystymi – takimi, jakimi je kochamy.  

 

Śmieć polski zaniedbany

 Kiedy podróżowałam pociągiem po Chinach, bulwersowało mnie to, że w wagonie rzucano śmiecie, ot tak, na podłogę. Już po godzinie całe przejście zasłane było resztkami jedzenia, papierami i Bóg wie czym jeszcze. Jakież było moje zdumienie, gdy na stacji przyszedł pan z łopatą, przypominającą łopatę do odśnieżania, i wygarnął hałdę odpadków na peron. Hałda nie leżała tam jednak długo, bowiem zaraz pojawił się następny pan, z taką samą łopatą, i przepchnął śmiecie gdzieś dalej, może na łopatę kolejnego pana. Mam nadzieję, że u końca drogi czekała na chińskie śmiecie szybka i skuteczna eksterminacja. Polskie śmiecie nie są, niestety, traktowane z taką troską. Długo leżą bezpańskie, dopóki w mieście nie zgarnie ich litościwy dozorca czy panowie z miejskich służb, co na ogół nie następuje szybko, a na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego nie zainteresuje się nimi firma sprzątająca, pan Sonik czy ekologicznie nastawieni miłośnicy gór, którym zechce się, oprócz plecaków, targać reklamówki ze śmieciami.

 

Obywatel się nie schyla

O tym, żeby po śmiecia schylił się troskliwy obywatel, na ogół mowy nie ma. Jakiż to częsty widok: porażeni pięknem którejś z tatrzańskich pereł, na przykład Czarnym Stawem, siedzą ludzie wśród śmieci, koło śmieci, z nogami w śmieciach i nikomu nie przyjdzie do głowy, by je podnieść, włożyć do reklamówki i zanieść do najbliższego kosza.

Dzieje się tak być może dlatego, że:

– Śmiecie tak naprawdę nikomu nie przeszkadzają, bo są stałym elementem polskiego krajobrazu.

– Każdy jest przekonany, że jest gdzieś ktoś, do kogo obowiązków zbieranie śmieci należy.

– Zwykliśmy dzielić wszystko na moje, twoje i ich. Park jest „ich” ‒ nie jesteśmy u siebie, to nie nasza sprawa (choć oczywiście jesteśmy u siebie, bo Park to nasze wspólne dobro, gdyby ktoś powiedział, że nie, bylibyśmy oburzeni), a poza tym płacimy za bilet, coś nam się więc należy. Park nie jest jednak usługodawcą, choć to, że się płaci, natychmiast uruchamia lawinę wymagań.

Jest też jeszcze jedna, głębsza i ciekawsza przyczyna.

Studenci Wydziału Geografii i Studiów Regionalnych na UW prowadzili kiedyś pilotażowe badania nad stosunkiem ludzi do śmieci. Okazało się, że np. butelka, póki pełna, więc potrzebna, jest tylko butelką. Gdy ją opróżnimy i przestajemy jej potrzebować, w ciągu ułamka sekundy, gdy otwieramy dłoń i ją wyrzucamy, staje się śmieciem. To, czego przed chwilą dotykaliśmy, jest teraz brudne i na pewno ma na sobie mnóstwo bakterii. W momencie, w którym decydujemy, że wyrzucona przez nas rzecz stała się śmieciem, nie jest już naszą sprawą. Jest czymś paskudnym, z czym nie chcemy mieć do czynienia. Przecież od dzieciństwa uczono nas, że nie można podnosić niczego z ziemi, bo jest be. Przecież i ziemia jest brudna, bo zabarwia nasze ręce na czarno i nie wiadomo, co w niej jest.

Tak więc większość ludzi (choć czy nie należałoby pisać: Polaków?) nie zbiera śmieci nawet po sobie.

   

Śmieć to śmieć

Ponieważ przez krótki czas byłam zatrudniona jako zbieraczka śmieci w Tatrzańskim Parku Narodowym, na kwestię śmieci stałam się więc szczególnie wyczulona. I oczywiście po wygaśnięciu umowy nie zaprzestałam ich zbierania. Zaczęłam się też zastanawiać, co jest wyznacznikiem tego, czy jest czysto, czy brudno. Czy stos niedopałków koło ławki to czysto czy brudno? Czy jedna butelka po coli pod ławką ujdzie, a dwie to już śmietnisko? Czy znaczące drogę do Morskiego Oka niedopałki to śmiecie czy jeszcze nie? Jak ustalić standard czystości?  Kiedy się czepiać, a kiedy sobie darować? W głowie rozbrzmiewały mi głosy znajomych: „A żebyś wiedziała, jak w Yosemitach jest brudno. Jak się kosz przepełni, to rzucają obok”. „A żebyś wiedziała, jak w Szwajcarii jest czysto, ani papierka”. Mamy być więc Ameryką czy Szwajcarią? Takie rozważania przypominają nieco dywagacje, czy kradzież batonika jest tak samo kradzieżą, jak kradzież samochodu. Kradzież to kradzież, a śmieć to śmieć, doszłam więc do wniosku, że standardem powinna być sterylność, co rozumiem jako brak jakichkolwiek śmieci.

Bo przecież stałym elementem tak zwanego łona przyrody, a zwłaszcza łona przyrody pod ochroną, nie są butelki po wodzie mineralnej i papierki po cukierkach, a ich obecność jest przyzwoleniem na śmiecenie. W „Gazecie Wyborczej” zastanawiano się kiedyś, dlaczego tak czysto jest w warszawskim metrze. Na peronach nie ma koszy na śmieci, jednak nikt nie rzuca niczego na ziemię. Dlaczego? Bo jest czysto. A gdy jest czysto, to wstyd naśmiecić. Jeśli natomiast widzimy miejsce zaśmiecone, to dorzucenie przez nas jeszcze jednego śmiecia niczego przecież nie zmieni. Dlatego jestem za sterylnością.

    

 Śmiecie, które nie są śmieciami

 Podczas codziennego zbierania śmieci zastanawiałam się też, dlaczego właściwie ludzie śmiecą. Argument, iż są niekulturalni lub źle wychowani, wydawał mi się dość słaby. Tłukły mi się po głowie takie pojęcia, jak „charakter narodowy” czy „edukacja ekologiczna”, czułam się jednak bezsilna i kwestię tę pozostawiam socjologom czy też psychologom. Skupiłam się za to na obserwacji, jak śmiecą.

Zauważyłam, że człowiek nie śmieci, kiedy jest w ruchu. Gdy idzie pod górkę lub z górki, to dyszy i sapie i nie w głowie mu śmiecenie, natomiast kiedy tylko stanie, zaczyna śmiecie produkować ‒ pali, pije – i rzucać je, gdzie popadnie. (Nie, nie, nie będę postulowała, aby wydano zakaz stania w Tatrach).

Doszłam do wniosku, że śmiecie dzielą się na dwie kategorie: śmiecie-nieśmiecie i śmiecie-śmiecie.

Do pierwszej z całą pewnością należy zaliczyć niedopałki. Te można rzucać zawsze i wszędzie, nie trzeba ich zbierać, bo są stałym elementem krajobrazu. Na wsi i w mieście, na chodniku i na tatrzańskim szlaku. Nieważne, że wyglądają ohydnie i śmierdzą. Ich zbieranie jest żmudne i czasochłonne, tak samo jak zbieranie gumy do żucia, którą także można rzucać i przylepiać, gdzie popadnie. Istnieje też przekonanie, że niedopałki się rozłożą (gumy nie rozłoży żadna siła, może ją za to przypadkiem zjeść zwierzę, a łatwo sobie wyobrazić, co się stanie, jeśli guma dostanie się do jego przewodu pokarmowego). 

Śmieciami nie są również resztki jedzenia – ogryzki jabłek, skórki bananów, pestki brzoskwini czy niedojedzone kanapki, bo są „naturalne” i też ulegną rozkładowi. Może i tak, może i nawet nawiozą glebę, ale, o ile mi wiadomo, rośliny tatrzańskie doskonale radzą sobie bez kompostu, o ile mi wiadomo, w reglu dolnym ani górnym bananowce, jabłonie ani brzoskwinie nie rosną, nie ma więc powodu, by jakiekolwiek resztki owoców choćby przez ułamek sekundy w Parku leżały, ani by weszły w skład menu lisa czy sarny.

 

Kupa

Do grupy nie-śmieci zaliczyć należy także odchody. W pojęciu większości defekacja na łonie natury jest nawet czymś właściwym, powstaje prosty ciąg skojarzeń ‒ kał ‒ gnojówka – nawożenie, i wszystko pięknie rośnie. Kupa jest organiczna, więc łono natury jest dla niej miejscem jak najbardziej właściwym. Zapominamy, że w naszych mieszkaniach, przechodząc z pokoju do kuchni, nie uskuteczniamy slalomu wśród kup, na kupy jest ubikacja, od kup odgradzamy się, spuszczając wodę, pilnując, żeby drzwi toalety były zamknięte. W przyrodzie zaś kupa nam nie przeszkadza ‒ usadzamy ją w kosówce tuż przy szlaku, albo nawet na szlaku (taki ekstremalny przypadek zaobserwowała kiedyś przewodniczka Eliza Kujan – pan robił kupę na środku szlaku na Kościelec), za kamieniem tuż przy szlaku, za drzewem tuż przy szlaku i obok przenośnej toalety ustawionej tuż przy szlaku, bo w samej toalecie przecież śmierdzi.

Wspinacze mają swego rodzaju rytuał ‒ przed założeniem uprzęży i związaniem się liną robią ostatnią kupę, zwaną często kupką-nerwówką.

I w przypadku defekacji zarzut zanieczyszczania środowiska odpierany jest koronnym argumentem ‒ rozłoży się. A właśnie, że niekoniecznie. Kał rozkładają bakterie glebowe, lecz środowisko gleb górskich, ze względu na surowe warunki (niskie temperatury, krótki okres wegetacji), nie zawiera ich dużo. W górskiej glebie mało jest cząsteczek humusu (próchnicy), a więc nie ma środowiska glebowego przyczyniającego się do rozkładu tego, co nań spadnie,  często w przewadze są kamienie (jak np. pod ścianą). Sprawa nawożenia też nie jest oczywista – nawóz, czyli gnojówka, to odchody stworzeń roślinożernych, a człowiek, jak wiadomo, do takich nie należy.

Ponieważ jesteśmy ludźmi cywilizowanymi, naszym kupom towarzyszy prawie zawsze papier toaletowy lub chusteczki higieniczne (czasy gazetki zdecydowanie minęły). I znowu pada koronny argument ‒ przecież to celuloza, się rozłoży (dotyczy to także podpasek, choć te rozkładają się nieprawdopodobnie długo ze względu na swoją złożoność). Owszem, rozłoży się zapewne prędzej niż butelka (butelki, zarówno plastikowe, jak i szklane, rozkładają się setki lat, trzeba więc przyjąć, że nie rozkładają się w ogóle), ale może jej to zająć nawet pięć lat. Tak więc, jeśli zajrzymy np. za szpaler kosówki rosnącej wzdłuż popularnego tatrzańskiego szlaku, zobaczymy rząd kup znaczących drogę turystów ku wyniosłym szczytom. Trzeba pamiętać, że przy szlakach rosną jagody czy maliny, które turysta lubi po drodze skubnąć. A wraz z owocem leśnym może skubnąć również tasiemca czy innego pasożyta. Właśnie z powodu nieznającej granic ni kordonów defekacji.

Co więc robić? Najlepiej nie robić. Zrobić przed lub donieść do schroniska. A jeśli się nie da? Dobre rady na ten temat można wyczytać w książce Kathleen Meyer Ekologiczna defekacja, czyli jak się załatwiać, żeby nie załatwić lasu (STAPIS). W amerykańskiej książce Kena Graydona i Dona Hansona Góry – wolność i przygoda. Od trekkingu do alpinizmu (Galaktyka) tej delikatnej kwestii poświęcony jest cały rozdział. Podano kilka takich metod, że trzeba by być stachanowcem ekologii, fanatykiem ochrony przyrody, nie mieć zmysłu powonienia, by być w stanie je zastosować. No właśnie, instrukcje, co robić z odchodami, śmieszą, lecz to, co robią nasze odchody z przyrodą, wcale śmieszne nie jest. Najprościej jest zastosować „technikę buta” ‒ zrobić butem dołek, odgarnąć darń, zrobić, wrzucić papier (jeśli do foliowego worka nie jest się w stanie) i butem zakopać.

Śmiecie, które są śmieciami

Druga grupa, czyli śmiecie-śmiecie, to przedmioty uznane za takie, które piękna przyrody swą obecnością kalać nie powinny. Należą do nich butelki (szklane i plastikowe), jednorazowe kubki, puszki po piwie i konserwach, reklamówki i papierki, tzw. sreberka. Co więc robi turysta, aby nie psuć harmonii górskiego krajobrazu? Sreberka doskonale można schować pod kamieniem lub płytko zakopać, reklamówkę puścić z wiatrem, niech poleci gdzieś dalej, butelki i puszki doskonale kryje kosówka ‒ trzeba się tylko dobrze zamachnąć, żeby wpadły głębiej, i po sprawie.

 No dobrze, może ktoś powiedzieć, że to śmiecenie odbywa się tylko w wąskim pasie przy szlakach, i to przy tych najbardziej uczęszczanych. To prawda ‒  im mniej popularny szlak, tym czyściej. Jednak nie do końca. Pewnego dnia wybrałam się lasami z Hali Gąsienicowej na Kopieniec ‒ droga powrotna była inna niż dojściowa. Oczywiste jest, że nie poruszałam się po szlakach. Na swoją obronę mogę powiedzieć, że pod koniec wycieczki niosłam już dwa pięciolitrowe worki śmieci. Skąd te śmiecie się tam wzięły? Dlaczego nikt ich nie sprzątnął? Nie były to odpadki pozostawione przez drwali, były to butelki po napojach, puszki i podpaski. A dlaczego szałasy w sezonie niejednokrotnie zamieniają się w śmietniki?  A dlaczego w malinach na Hali Gąsienicowej znalazłam stare ramy okienne, resztki polowych łóżek i kawałki słupa wysokiego napięcia z drutem i płaty blachy?  Ile lat to wszystko tam leżało?

 

Schronisko jako broń obosieczna

Choć trudno w to uwierzyć, nikt w Tatrzańskim Parku Narodowym nie prowadził dotąd kompleksowych badań nad wpływem schronisk tatrzańskich na ekosystem. Powstały poświęcone temu problemowi prace magisterskie, lecz parę lat temu, kiedy o to pytałam, Park ich egzemplarzami nie dysponował. Zdarzały się pojedyncze artykuły, jak tekst doktora Tomasza Zwijacza Kozicy, który ukazał się w kwartalniku „Parki Narodowe” (nr 1/1999) pt. Pięć Stawów od zaplecza, czyli schroniska tatrzańskie a przyroda. To niewiele.

Dyrektor TPN Paweł Skawiński w wywiadzie dla miesięcznika „Góry” przytacza opinię, że schroniska owszem, zanieczyszczają, ale jednocześnie „kanalizują” śmiecie. Jest w tym coś z prawdy, jednak jako zbieracz śmieci odniosłam wrażenie, że śmiecie, które zbieram, w większości pochodzą właśnie ze schroniska. Tak zwany prawdziwy turysta, który wybiera się przez Halę np. do Pięciu Stawów, ma już wałówkę, rzadko zatrzymuje się w schronisku, a jeżeli już, to je coś i pije na miejscu, po czym rusza dalej. Gros osób zapełniających szlaki tatrzańskie to ludzie, których celem jest „tylko schronisko z całą gamą usług” (T. Zwijacz Kozica) i ewentualnie najbliższy staw. To oni właśnie kupują soki w kartonach, wodę w butelkach czy piwo w puszce i to oni, po wesołej konsumpcji na łonie natury, opakowania te rzucają, gdzie popadnie. Tacy „turyści” w lecie chodzą często bez plecaków, niosą więc butelki w ręku, a to przecież takie niewygodne…

Student geografii UW, Michał Brennek, na potrzeby pracy magisterskiej liczył miejsca wyrzucania śmieci i defekacji w pobliżu schronisk tatrzańskich w Polsce i na Słowacji. Podkreśla on, że są to dane szacunkowe, warto jednak je przytoczyć, bo są bardzo wymowne. Badania prowadzone były w sezonie i po (na początku XXI w.) przy szlakach w pobliżu schronisk. I tak Chochołowska ‒ 100 miejsc (defekacja i śmiecie), Ornak ‒ 72, Kalatówki ‒ 100, Murowaniec ‒ ponad 100, Morskie Oko ‒ 100, droga do Morskiego Oka (mimo toalet koło Wodogrzmotów) ‒ 200. Dla porównania, wielkości dla schronisk na Słowacji (co prawda przy znacznie mniejszej liczbie miejsc noclegowych i mniejszym ruchu turystycznym) to od 2 do 21 po sezonie do maksimum 40 w sezonie.

Utopia większa

 Co więc robić, żeby było czysto? Co robić, żeby ludzie przestali śmiecić? Nie wiem. Wiem tylko, że pospolite ruszenie pod hasłem „Sprzątanie świata” to działanie tyleż efektowne, co doraźne. Sugestywne spoty w telewizji z wanną śmieci tyleż efektowne, co krótkodystansowe. Wydaje się, że śmiecenie jest głęboko zakorzenione w polskiej (a może słowiańskiej?) mentalności, a chorobą, którą można nazwać „tolerancja dla śmieci”, zdają się dotknięci zarówno szarzy obywatele, jak i osoby, których obowiązkiem jest dbanie o czystość.

Pierwszą rzeczą, którą wymienia każdy, komu zadaję pytanie o sposoby zapobiegania śmieceniu, jest edukacja. Tak, na pewno, jednak aby przebudować świadomość ekologiczną Polaków, trzeba żmudnej pracy nad paroma pokoleniami. To działanie długofalowe, na którego skutki trzeba długo czekać.

Najprostszym sposobem na to, aby w Tatrach było czysto, jest oczywiście ograniczenie ruchu turystycznego, to jednak raczej nie nastąpi, bo nikt dotąd nie wymyślił, jak to należy zrobić. Poza tym za biznesem „turystycznym” stoją zbyt duże pieniądze. Można podnieść cenę wstępu do TPN, to ukróciłoby nieco szaleństwo pensjonatowo-kwaterowe, tłok na szlakach może byłby mniejszy… Ale kto się na to odważy? 

Za T. Zwijaczem-Kozicą (patrz ww. wymieniony artykuł) można by się też „zastanowić nad przyszłą funkcją schronisk górskich w Parku Narodowym, zwłaszcza że żadne z nich nie jest odległe od cywilizacji o więcej niż trzy godziny”. Można, ale takie rozważania nie przejdą w czyny, ponieważ i w tym przypadku gra idzie o zbyt duże stawki, a schroniska tatrzańskie to bardzo, bardzo dochodowy interes.

 

…i utopia mniejsza

 Co więc można zrobić teraz, zaraz?

 Należy odpowiednio motywować ludzi do tego, żeby nie śmiecili, stosując chytre psychologiczne sztuczki. Naklejki „Zabierz śmiecie swe ze sobą one stęsknią się za tobą” wywołują śmiech, bo są po prostu infantylne. Trzeba chyba zacząć inaczej, odwołać się do psychiki, a nie do poczucia humoru: np. „Prawdziwi ludzie gór znoszą swoje śmiecie” (pij mleko, będziesz wielki).

Wysokie mandaty za rzucenie choćby jednego śmiecia ‒ Ten pomysł budzi największe kontrowersje. Mandaty niewyobrażalne i oburzająco wysokie (300, 500 złotych?), które wzbudzą trwogę i sprawią, że każdy zastanowi się pięć razy, nim rzuci cokolwiek na ziemię. Mandaty nagłośnione tak, że każdy, kto przekracza bramkę Parku, dokładnie wie, jakiej są wysokości i że mogą zostać wyegzekwowane. Miłośnicy wolności powiedzą: „Toż to terror!”. Może i terror, ale może poskutkuje?  Parę spektakularnie i z przytupem wypisanych kar być może podziała odstraszająco.

A co może zrobić w kwestii czystości Tatr tzw. szary obywatel? Nie śmiecić. Tylko tyle. A na każdą wycieczkę zabierać reklamówkę i zbierać śmieci zostawione przez tych, którzy śmiecą. I zwracać uwagę (bo jako obywatel ma do tego prawo), i nie przymykać oczu, i piętnować. Nie odpuszczać ani na chwilę. Bo być może tylko to uratuje nas przed utonięciem w śmieciach.

Beata Słama

 

 

 

Kategorie: Felietony

Dodaj komentarz