POKRĘTNA PROMOCJA, CZYLI STOSUNKI MIĘDZYGMINNE

Kilka dni temu odbyła się w Poroninie, a właściwie w interiorze, taka promocja książki Marii Gąsienicy-Zawadzkiej Ostatni smrek, że niech się zakopiańska Mediateka schowa.

Najpierw zebraliśmy się w sali ośrodka kultury czy tam Związku Podhalan w Poroninie, potem stworzono atmosferę grozy, że bomba, i kazali nam się ewakuować (pan przebrany za policjanta),  po czym zaprosili do autokarów i zawieźli do Hotelu Tatry na Polanie Zgorzelisko. Nie bez kozery, bo akcja jednej z powieści autorki (najsłabszej) tam właśnie się rozgrywa. Sądziłam, że obskoczę imprezę w godzinę, zeszły trzy. No trudno. Przynajmniej obejrzałam mozaikę w hotelu i dostałam bilet na wieżę widokową. Z którego nie skorzystam, bo z dołu widać to samo. Może ktoś chce?

Fot. ze strony sky-walk Poronin.

W hotelu kawy, herbaty, ciasta, rozmowa z autorką (przedstawioną tak, że Olga Tokarczuk to przy niej nieuk i amatorka). Prowadziła pani wójt Poronina Anita Żegleń (polonistka i miłośniczka kryminałów), potem, dla chętnych, zwiedzanie hotelu – w końcu to relikt PRL i mieszkał tam Gomółka czy Gierek. A może obaj. Na koniec każdy dostał po sadzonce smreka. Miło.

Jeśli jednak myślicie, że całe to kosztowne i efektowne zamieszanie było złożeniem hołdu talentowi autorki, to się mylicie. Była to promocja gminy Poronin, choć nie wiadomo, do kogo skierowana, bo przyszli właściwie sami swoi.

Przekaz był jasny: patrzcie, jaka fajna jest nasza gmina. Przyjmiemy każdego, nawet tego (tutaj tę), kto źle pisze o góralach. Teraz i w przyszłości. Nie to, co gmina Kościelisko, tam, nie wiedzą, co to promocja, nie chcieli autorki, bo się przestraszyli. To ciekawa taktyka w obliczu faktu, że podtatrzańskie gminy właśnie podpisały porozumienie o wspólnej promocji. I tego, że cała akcja oparta jest na nie do końca precyzyjnych informacjach.

A nieprecyzyjne informacje budzą mój zdecydowany sprzeciw. Szczególnie jeśli dotyczą też mnie. No i to doprawdy brawurowe nie trzymać się faktów w dobie mediów społecznościowych, gdy obieg informacji jest szeroki i wartki.

Najpierw autorka podała nieprecyzyjne informacje w lokalnym tygodniku, którego dziennikarz przytoczył je bezkrytycznie, choć, tak jak pani wójt, wiedział, jak było.

Long story short:

Do autorki nie dzwonił żaden oficjalny przedstawiciel urzędu gminy Kościelisko, jak stwierdziła w rozmowie z dziennikarzem. Nikt jej nie wyrzucił, niczego nie zabronił, nie cenzurował, niczego nie zabraniał i się jej nie przestraszył.  Mogła mieć promocję w bardziej neutralnym kościeliskim GOK-u, zamiast w urzędzie gminy – przecież w Poroninie pani wójt też nie zaprosiła jej do sali obrad urzędu, prawda?  – niestety autorka nie stworzyła przestrzeni, by jej tę propozycję przedstawić. Takiemu stanowi rzeczy jest więc winna tylko ona. Mit męczeństwa nie działa.

Autorka spekulowała, że powodem takiego, a nie innego rzekomego jej potraktowania jest to, iż w książce pisze o planie zagospodarowania przestrzennego w Kościelisku, o który się ostro spierano (chyba jak wszędzie). To niemożliwe, bo nikt w urzędzie gminy jej książki jeszcze nie czytał, a ja, wbrew temu, co sądzi, nie zdradziłam jej treści, zanim się ukazała. Nie podpisywałam co prawda klauzuli poufności, lecz tak się po prostu nie robi. Wie o tym każdy redaktor, a ja jestem redaktorką od wielu lat.

A ponieważ, jak napisałam, nie lubię, gdy ktoś mija się z prawdą, poczyniłam na GDK uwagę, że autorka brzydko się bawi, promując w taki sposób swoją nową książkę. I oto z hołubionej i cenionej redaktorki, osoby, która prowadziła przecież spotkania z autorką, a przede wszystkim ratowała jej niedoskonałe dzieła, stałam się osobą znienawidzoną. Autorka już nie dziękuje mi na spotkaniach autorskich. Zablokowała mnie na Facebooku, nie poznaje…  Słowem wiocha.

Uwaga, zawód redaktorki oprócz tego, że bywa ciężki i nieprzyjemny, bywa bardzo niebezpieczny! W tym przypadku z powodu zachowania męża autorki podczas spotkania: posyłał mi znaczące uśmiechy (najpierw myślałam, że to z grzeczności, ale miały to być uśmiechy groźne lub pogardliwe), gadał jakieś bzdury i ostentacyjnie fotografował mnie bez mojej zgody. Było to infantylne i żenujące, lecz także opresyjne i zastraszające. Komunikat był jasny: „Uważaj, nie podskakuj”. Takie patologiczne zachowania, jeśli eskalują, zgłasza się na policję. Autorka o takich zachowania pisze w swoich książkach.  

Autorka zaznaczyła, że jest dumna ze swego góralskiego rodowodu, nie bardzo więc wiadomo, dlaczego w swojej najnowszej książce przedstawia górali w bardzo niekorzystnym świetle, bez niuansowania, bez zrozumienia i półtonów. Zdziwiło mnie to i uznałam to za co najmniej niewłaściwe. Podczas spotkania mówiła, iż zdaje sobie sprawę, jak fatalnie górale są postrzegani przez resztę społeczeństwa. No cóż, tym, co pisze w książce i swoim zachowaniem potwierdziła, że coś jest na rzeczy.

*

Wróćmy jeszcze do rozmowy z autorką. Pani wójt bardzo się starała, by było atrakcyjnie, przygotowała inteligentne pytania – używając terminologii językoznawczej – lecz niewiele było punktów, w których ona i autorka mogły się spotkać. Poza tym zadawała pytania przeznaczone raczej dla czytelników lub krytyków. Autorka nadrabiała werwą i decybelami, estrada to najwyraźniej jej żywioł. Zebranym, głównie paniom, się podobało, a to przecież najważniejsze.

Naprawdę obciachowo zrobiło się wtedy, gdy zaczęła opowiadać o tym, jak pracuje nad książką (o redaktorce oczywiście nie wspomniała ani słowem). Otóż w swej prostocie zdradziła, że korzysta z pomocy tzw. beta czytelników, czyli osób, którym wysyła partie tekstu, a one jej mówią, co jest nie tak. Albo tak. Nie mylić z konsultantami i ekspertami, których rady zawsze warto zasięgnąć. 

Owi beta czytelnicy nie są to redaktorzy i krytycy literaccy, słowem fachowcy, tylko jakieś panie i panowie, koledzy i koleżanki. Jeden pomoże, inny doradzi coś głupiego.

A przecież poważny, pewny siebie i samoświadomy autor nie potrzebuje beta czytelników. Dzieło powinno być emanacją jego talentu, inwencji i osobowości, a nie wypadkową czyichś opinii, produktem skleconym z życzeń i wyobrażeń innych.

Jedyny „beta czytelnik” to redaktor.

Autorka pisze już piątą książkę, można więc oczekiwać, że jest twórczynią doświadczoną i dojrzałą. Chyba jednak nie, ponieważ zdradziła, że do nowej książki kompletuje już listę beta czytelników.

*

Czy warto więc sięgać po książki Marii Gąsienicy-Zawadzkiej? Z pewnością nie są one przeznaczone dla czytelników wymagających. Bo choć porusza w nich istotne społeczne kwestie, ważniejszy jest dla niej atrakcyjny przekaz. A atrakcyjny oznacza w tym przypadku brutalny, drastyczny i bezrefleksyjny. Tymczasem w dobrym kryminale o zacięciu społecznym i socjologicznym  jest analiza i katharsis. Jest wina i kara, lub jej brak, lecz dobrze uzasadniony. Takie kryminały mają już długą i dobrą tradycję (patrz Skandynawia), choć autorka zgodnie z tym, co powiedziała na spotkaniu, o istnieniu tego typu literatury dowiedziała się dopiero niedawno, bo przeczytała jakiś artykuł.

No cóż, problem polskiej literatury (a światowej pewnie też) polega obecnie na tym, że książki piszą często ludzie, którzy marzą o tym, by być pisarzami, a nie ci utalentowani.

(bs)   

 

 

Kategorie: Aktualności

0 komentarzy

Zostaw odpowiedź