W tym roku katalog XXI Festiwalu Górskiego w Lądku Zdroju był czymś więcej niż tylko informatorem kto, co i gdzie. Było tam też coś do poczytania. Obok tekstów Huberta Jarzębowskiego i Zbigniewa Piotrowicza znalazł się mały esej Bogumiła Słamy. Wydaje nam się, że traktuje o sprawach ważnych i jest doskonale napisany, więc zamieszczamy go za zgodą autora i Organizatorów Festiwalu (dziękujemy im bardzo).

 

 PRAWDZIWE OBLICZE PANI KOWALSKIEJ

 Jaki wynalazek, drogi Czytelniku, najbardziej zmienił oblicze wspinania?
Moim zdaniem o najważniejszym się milczy.

 Jak ogólnie wiadomo, za początek wspinania uznano dzień, w którym nowożytny neandertalczyk
o imieniu Olaf wdrapał się po gładkiej ścianie skalnej, uciekając przed prehistorycznym zwierzem. Później sprawy potoczyły się wartko. Przez całe wieki ulubionym zajęciem ludzi było wspinanie się po ścianach zwanych murami obronnymi. Królowała wtedy wspinaczka z użyciem tzw. techniki sztucznych ułatwień – różnego rodzaju drabiny, machiny i katapulty pozwalały ówczesnym wspinaczom na zatknięcie flag na zdobytych murach oraz czerpanie wielkiej satysfakcji ze swoich dokonań. O czerpaniu satysfakcji z pozyskanych dóbr materialnych i rozkoszy płynącej z przychylnego nastawienia białogłów nie będę się rozpisywał, choć będzie miało ono znaczenie i w czasach o wiele późniejszych.

 

Historia potoczyła się wartko, a wspinaczka razem z nią. Jak to bywa z różnymi działaniami ludzkimi, ich rozwój nie przebiegał jednolicie. Czasami ciągnął się według tych samych reguł powoli i ospale, to znowu przyspieszał gwałtownie za sprawą jakiegoś wynalazku lub jednostki o nietuzinkowej osobowości. Bywało, że ów rozwój przybierał taki kształt, iż wielu sądziło, że doprowadzi to do zagłady idei i upadku wspinania w ogóle.

 

Możemy pokusić się o wymienienie kliku wydarzeń brzemiennych w skutki, jeśli chodzi o rozwój wspinania.  Były to kolejno: podeszwa typu wibram, raki dwunastozębne, uprząż biodrowa, odzież przeciwpotna, goretex czy wreszcie dziabki. Te ostatnie ewoluowały na moich oczach i w moich rękach przez ostatnie trzydzieści lat. Najpierw dobrano się do czekana, zmieniając kąt natarcia dzioba, potem przyszła kolej na stylisko: wyprofilowano delikatne łuki, które miały osłonić dłoń od obijania się o lód. Obecnie styliska dziabek to plątanina kątów i krzywizn, o których geometria milczy. Wszystkie te zmiany doprowadziły do tego, że żmudna i powolna wspinaczka w lodzie, zmrożonych trawach i tzw. syfie stała się o wiele
prostsza. Trzeba oczywiście przyznać, że ograniczona grupa wspinaczy sięgnęła dzięki współczesnym dziabkom tam, gdzie wzrok nie sięga.

Nie sposób, pisząc ten tekst, nie wspomnieć o tzw. czynniku ludzkim, który miał, ma i mieć będzie ogromny wpływ na rozwój wszystkiego, w tym również wspinaczki. Co rusz rodził się człowiek, który wybiegał marzeniami, umiejętnościami i ambicją przed średnią krajową. A to wszedł w posępną ścianę Eigeru i ją pokonał, a to wypatrzył ośmiotysięczny szczyt na krańcu świata i zmusił siebie (a także innych) do marznięcia, wysiłku ponad miarę i umierania dla zdobycia go. Zdobywał go i inni zaraz też – bo ambicja, bo rywalizacja, bo ktoś już tam był…

 

To, co wyprawiali mistrzowie skały z Niemiec, Austrii czy Włoch, nie wszystkim mieściło się w głowach. Wspinali się wspaniale, i to według surowych reguł dotyczących stylu oraz asekuracji, które krępowały wielu innych, uniemożliwiając im takie przygody.

 

Podobnie było w Tatrach. Dziś, gdy jakiś zespół pokona filar Staszla na Granatach w ciągu trzech godzin od wejścia w drogę do końca trudności, jest z siebie zadowolony. Gdyby jednak uważnie przeczytał przewodnik Witolda Paryskiego (potocznie zwany WHP), dowiedziałby się, że dżentelmeni skały z okresu międzywojennego przechodzili tę drogę w trzy godziny, licząc jednak od brzegu Czarnego Stawu do szczytu Zadniego Granata. Odziani w wełniane marynarki i pumpy, dysponując minimalną ilością sprzętu taternickiego, nie tracili czasu na nadmierną asekurację, a znakomita kondycja fizyczna i psychiczna powodowała, że szybko pięli się w górę. Tylko że nie było ich wielu.

 

I tu postawię pytanie: jaki wynalazek, drogi Czytelniku, najbardziej zmienił oblicze wspinania?

 

Wymieniłem ich kilka, lecz moim zdaniem o najważniejszym się milczy. O co chodzi? Chodzi o wiertarkę udarową napędzaną prądem z akumulatora. W połączeniu z kotwami (rodem z budownictwa) narzędzie to zmieniło całkowicie tak skałkową, jak i w dużej części górską wspinaczkę. W bardzo wielu przypadkach odebrano wspinaniu to, co jest w nim może najważniejsze, a mianowicie ryzyko, które sprawia, że odważne cele stawiają sobie tylko ci, których na to stać. Ci, którzy potrafią zapanować nad swoimi lękami, uporządkować chaos moralny wynikający z odpowiedzialności za siebie, ale i za innych.

 

Od kiedy stanowiska asekuracyjne i zjazdowe osiągnęły gwarantowaną wytrzymałość kilku ton, wspinaczka przestała być tym, czym była. Stała się dostępna dla tysięcy, a idea, że każdy ma swój Everest, legła w gruzach. Liczni wspinacze atakują takie drogi, na atakowanie których nigdy by się nie odważyli, gdyby sami musieli tkać sobie pajęczynę asekuracji.

 

Czy to jest okay? W wielu takie zachowanie wciąż budzi opór i niesmak. Dla większości to stan zastany i normalny. Często słyszałem od młodszych kolegów: wyście mieli młotek, my mamy wiertarkę. To prawda, jednak pomiędzy tymi narzędziami jest ogromna różnica. Za pomocą młotka osadzano najróżniejsze haki, lecz w tym celu zawsze musiała istnieć choćby najmniejsza rysa w skale, jakiś występ czy przewężenie. Wiertarka natomiast narusza strukturę skały – nie wpasowuje w nią kotw zgodnie z rzeźbą, lecz ją w pewien sposób gwałci. My wbijaliśmy młotkiem także i nity, ale wierzcie mi, to zupełnie inna konkurencja i też wywoływała krytykę.

Czas na podsumowanie.

 

Dość dawno temu, gdy jeden z moich kolegów obił swoją nową drogę na jednym
z dyżurnych tatrzańskich urwisk, rozgorzała głośna polemika. Kolega ów, broniąc swojej koncepcji udostępniania drogi szerokiej masie wspinaczy, zacytował fragment listu, który przysłał mu znajomy wspinacz po jej przejściu:

 

„Drogi M., dziękuję Ci bardzo, że tak starannie ubezpieczyłeś swoją nową drogę, w przeciwnym razie nigdy nie zdołałbym pokonać tak wielkich trudności, a dzięki Tobie przeszedłem ją i jestem szczęśliwy”.

 

Gdy tylko to usłyszałem, przyszła mi do głowy taka oto analogia:

 

„Drogi Zdzisiu i Czesiu, bardzo wam dziękuję, że przytrzymaliście za ręce i nogi panią Kowalską. Gdyby nie wy, nigdy nie miałbym kobiety tej klasy”.

 

No cóż, ja tak to widzę, i ilekroć kończę obitą drogę, wiem, że to jest właśnie tamta pani Kowalska.

 

Bogumił Słama

 

   

 

Kategorie: Felietony

Dodaj komentarz