DZIEWCZĘ I HEROS, CZYLI OBRONA LITERATURY KOBIECEJ

K2 zimą – ostatni smakowity kąsek na himalajskim półmisku. Urubko chce zdobyć ją zimą (lubię myśleć o tej górze w rodzaju żeńskim), której czas on sam wyznaczy, Wielicki mówi, że poprowadzenie (zwycięskiej) wyprawy na K2 to jego obowiązek, wśród seraków i szczelin zaczai się jeszcze pewnie wielu innych śmiałków. Ja jednak już wiem, kto, stawiając czoło zimowym wichrom, zdobędzie ten szczyt: tajemniczy i wybitny himalaista samotnik Jeremi Janson o boskiej klacie i twarzy Keanu Reevesa.

Tak zwana literatura kobieca, zwana również literaturą dla kucharek lub harlekinami (najbardziej żałosna jej odmiana) to coś, czym się pogardza, ale co (ukradkiem) się czyta. Ostatnio kojarzy się z przygodami Greya o pięćdziesięciu twarzach, opisanych przez jakąś gospodynię domową, czy z gniotem autorstwa byłej kosmetyczki, opisującym epicki seks z Włochem z kudłami na klacie (a nie, pardon, teraz panowie się golą). Taka literatura daje też jednak wytchnienie i marzenia, jest relaksem podczas nużącej podróży, w bazie podczas załamania pogody, można ją podczytywać w wannie (bo Tokarczuk jakoś nie wypada). Jej autorki (autorów jest niewielu) nie dostaną Nike, a tym bardziej Nobla, jednak nie da się zaprzeczyć, że literatura romansowa to rwący nurt literackiej rzeki i wcale nie musi być aż tak zła, jak wyżej wymienione pozycje.

Pracowałam kiedyś dla wydawnictwa, które wydawało taką właśnie literaturę: lekką, łatwą i przyjemną, głównie autorek brytyjskich. I powiem Wam, że redagowanie tych książek nie było doświadczeniem traumatycznym (w przeciwieństwie do niektórych książek górskich), a to również dzięki znakomitym tłumaczkom (Miłka Jankowska i Joanna Schoen). Wszystkie te opowieści były zabawne i inteligentne, a przede wszystkim opierały się na dobrym pomyśle, wokół którego można było zbudować wciągającą fabułę. Niby wiadomo, że czarujący motocyklista, który na pierwszej stronie potrąca (niegroźnie) bohaterkę,, na ostatnich stronach, po wielu zwrotach akcji, zostanie jej płomiennym kochankiem, a przy okazji księciem z bajki i miłością życia, lecz perypetie, które do tego doprowadzają, mogą być ciekawe, zabawne i nieobrażające naszej inteligencji. Prawdą jest również, że w tego rodzaju literaturze obowiązuje pewien schemat: bohaterowie najpierw się nienawidzą, on wydaje jej się nad wyraz obmierzły (choć na jego widok ma motyle w brzuchu) lub przerażająco zagadkowy, po czym po przeskoczeniu wielu kłód, które los rzuca im pod nogi, jednak się łączą, i to na zawsze. Ale czyż nie jest to schemat, o którym wiele z nas marzy?

Męskimi bohaterami takich dzieł, pisanych głównie z perspektywy kobiecej,  są biznesmeni, kowboje, zdeklasowani hrabiowie, dzielni reporterzy ślący relacje z terenów objętych wojną, zdemoralizowani i zblazowani (na początku) właściciele agencji reklamowych… byli już reprezentaci wszystkich warstw społecznych i zwodów, lecz alpinisty chyba jeszcze nie. I ta, dam! Oto jest. W książce (Nie)zdobyta Melissy Darwood.

 

Nie nie, nie liczcie na opisy Yosemitów czy Dolomitów. Pani Melissa nie jest bynajmniej osobą pochodzenia zagranicznego, na zdjęciu na okładce stoi w polskim, słowiańskim łanie jakiegoś zboża i śmiało pokazuje twarz (może nie swoją?), a notka informuje, że pochodzi z „niewielkiej leśnej miejscowości w środkowej Polsce”, realia powieści również są jak najbardziej krajowe. Zaczęłam nawet podejrzewać, że jest osobą z tak zwanego środowiska, ponieważ…

Jak napisałam, książki tego gatunku nie muszą być gniotami. I niezależnie od tego, czy jest się Olgą Tokarczuk piszącą o zawiłych losach Elżbiety Drużbackiej, księdza Chmielowskiego i Jakuba Lejbowicza Franka, czy panią Melissą piszącą o miłości z Himalajami w tle, należy do swojej pracy podchodzić poważnie i uczciwie, a kluczowym słowem jest research, czyli risercz. Widać wyraźnie, że Darwood dobrze przygotowała się do pracy nad książką: sporo przeczytała, może z kimś rozmawiała, podejrzanie dobrze zna mechanizmy rządzące himalajskim show biznesem. Pojawia się też konsultant (brawo wydawnictwo) z zakresu wspinaczki, Jakub Skibski (wspina się), i tajemniczy J. M. (Janusz Majer???). Autorka zna też nieźle światek czasopism kobiecych, które na ogół traktują czytelniczki jak idiotki. (Zupełnie jak tzw. wydawnictwa górskie swoich czytelników).

Co miłe, bohaterka książki, Julia, nie jest pięknością z burzą włosów w kolorze szampana mieszkającą w warszawskim lofcie,  jedzącą wegańskie sushi popijane sojowym wegańskim latte. Jest zwykłą dziewczyną próbującą utrzymać się z dziennikarstwa, postacią z krwi i kości, swojską, znaną i wiarygodną. To również zasługa języka, żywego i dynamicznego. Autorka ostrożnie i wiarygodnie dawkuje wulgaryzmy i potoczności, różnicuje język, w dialogach nie pobrzmiewa fałsz. Trochę przypomina mi to język Katarzyny Grocholi – po prostu dobrze wchodzi. Nie, no są „falujące nozdrza” i parę innych wypadów w stronę grafomanii, reaktor mógłby pomóc, ale nie czepiajmy się.

Gwoli poprawności politycznej zaznaczę, że, jak niemal każda książka tego gatunku, (Nie)Zdobyta jest w pewnym stopniu seksistowska, ponieważ relacja bohaterka-bohater to relacja podległości, na razie to on dyktuje warunki, jednak czy to miejsce, by wytaczać ciężkie działa?  

A teraz niespojlerujący zarys fabuły: jak napisałam, bohaterką jest dziennikarka Julka (same nieudane związki, kot) próbująca i chcąca bardzo utrzymywać się z dziennikarstwa. Czasopismo, w którym pracuje, chyli się ku upadkowi, za wszelką cenę trzeba przyciągnąć uwagę czytelniczek, brakuje tematów, brakuje porywających bohaterów, brakuje boskiej klaty na okładkę. Ona postanawia takiego bohatera znaleźć. I wymyśla, że będzie to wspinacz, w końcu himalaizm jest ostatnio na topie. Pierwszy heros Himalajów, którego poznaje,  jakoś nie przypada jej do gustu (przystojny zblazowany pozer), ale podsuwa jej innego zdobywcę (Korona Himalajów), nie wróżąc powodzenia. (Zaznaczę tylko, że Wielicki, Kukuczka ani nawet Bargiel nie wyglądają tak jak on). Julka jest jednak zdeterminowana i postanawia wywiad z Jeremim Jansonem przeprowadzić. Przekonuje redakcję, że temat chwyci, a robi to tak skutecznie, iż podpisuje umowę na książkę o himalaiście i jego wielkim projekcie… zdobyciu K2 nie dość, że zimą, to jeszcze samotnie. I tu następuje pomysł, o którym pisałam wcześniej, nie zdradzę jednak jaki, żeby podsycić Wasze zaintersowanie. Sama jestem ciekawa, jak się sprawy potoczą, bo trzeba Wam wiedzieć, że to zaledwie pierwszy tom. Czy pod koniec tomu Jeremi zdarł z Julii odzież, rzucił się na nią i są momenty? Może nastąpi to na przykład w targanym wichurą namiocie u stóp jakiejś morderczej góry? Przekonajcie się sami.

Nie zrozumcie mnie źle, nie jest to dzieło wybitnie, ma wszystkie słabości gatunku, w którym się mieści, ale przecież i komedie romantyczne rzadko dostają Oscara, nie może też liczyć na Bookera autorka poczytnych romansów. My, kobitki, oglądamy jednak komedie romantyczne i czytujemy romanse (gdy zmęczy nas Derrida czy Bieńczyk ;-)). To nasze grzeszne przyjemności, niech kamieniem rzuci ten, kto im się nie oddaje.

(Nie)zdobytą wydało małe wydawnictwo NieZwykłe z Oświęcimia. Gdy słyszę o takim wydawnictwie, mam jak najgorsze przeczucia, jestem pewna, że spotkam się z brakiem profesjonalizmu, wydawaniem książek „po taniości”, byle jak, byle jakoś przetrwać na rynku. Kiedy jednak o tym myślałam, przypomniałam sobie, na ile gniotów trafiłam w ofercie tzw. dobrych wydawnictw, które tak naprawdę dobre nie są. Korporacyjne i rynkowe podejście sprawia, że coraz częściej ukazują się książki opracowane niestarannie (mści się zatrudnianie krewnych i znajomych), z rażącymi błędami, w fatalnych przekładach, sformatowane pod odbiorcę, a tzw. konsultanci traktują swoje zadanie jak chałturę. W NieZwykłym podchodza do sprawy poważnie. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że w górskich książkach dużego wydawnictwa warszawskiego czy krakowskiego roi się od błędów, a w górskim romansie wydanym przez to małe wydawnictwo prawie ich nie zajdziecie?  Zagadka, prawda?

NieZnane jest wydawcą doskonałej książki o podboju Himalajów, Upadek olbrzymów (doskonały prezent pod choinkę), wchodząc tym samym w domenę literatury bardziej ambitnej. Tak, redagowałam tę książkę (trochę przez przypadek), co nie oznacza, że jestem zobligowana do chwalenia innych pozycji NieZwykłego. Uznałam jednak, że (Nie)zdobyta jest ewenementem w literaturze górskiej (w której właściwie nie ma beletrystyki) i warto jej pojawienie się odnotować. Kultura pop to też kultura.

PS A gdyby wśród polskich himalaistów było choćby dwóch Jeremich Jansonów (efektowna klata, twarz Keanu przesłonięta welonem melancholii, tajemnicza przeszłość i nieprawdopodobna wytrzymałość), nadal bylibyśmy w Himalajach potęgą.

Beata Słama

 Melissa Darwood, (Nie) zdobyta, NieZwykłe, Oświęcim 2019

Kategorie: Książki

0 Komentarzy

Dodaj komentarz