Chcąc ułatwić życie obecnym i przyszłym himalaistom, którzy pragnęliby pisać relacje ze swoich wypraw, lecz nie wiedzą jak, prezentujemy zgrabny szablon. Wystarczy tylko podmienić nazwy, imiona, firmy i miejsca i memuary gotowe. Z pewnością zadowolą każdego sponsora. Mają też niezaprzeczalny walor literacki.

GÓRY NIE MAJĄ LITOŚCI

Dzień I

Nareszcie w bazie. Karawana była długa, lecz mój nowy plecak marki Mastodont spisywał się doskonale, w ogóle nie czułem, że coś niosę. Buty trekkingowe też się sprawdziły, dobrze, że w ostatniej chwili zdecydowałem się na te… Jezu, jaka to marka, no… tego, co z pustego nie naleje… Mam! Salomony!

Strzeliłem kilka fotek moim Codexem lustrzanką: kobiety z wiosek, dzieciaki i wyłaniająca się niespodziewanie Nasza Góra, Najpiękniejsza Góra Świata dla Polaków. Jej widok przejmuje dreszczem… A nie, to bierze mnie przeziębienie. Wieczorem chyba muszę zażyć aspirynę firmy Bajer.

No, ale zanim wreszcie mogłem zaszyć się namiocie marki Południowa Ściana, trzeba było tę bazę jakoś urządzić: namioty, mesa, wygódka (ToiToi), skład sprzętu…  Na szczęście wszystko poszło szybko. Teraz kucharz gotuje kolację: podobno mają być klopsiki z Modliszek i makaron Fiorella. Super.

Po kolacji pogadaliśmy trochę przy herbatce Sumatra i do śpiworów. Wreszcie mogłem otworzyć appla i trochę popisać. Czuję, że będzie z tego książka… „Zagubiony w kręgach”, „Zza zamkniętych oczu”,  „Byłem to wiem”, „Czarodziejska Góra dla Polaków”… Muszę dobrze to przemyśleć. Tytuł to podstawa. Sprzeda książkę. Tak jak okładka. Koniecznie musi być błękitna… Seba projektuje ulotki dla agencji towarzyskich i punktów skupu złomu, to na pewno coś fajnego wymyśli.

Dzień II

Kierownik nas nie oszczędza. Ledwie tu przyszliśmy, a już każe nam iść do góry. Mamy zakładać poręczówki. Ile się da. Ja i Mietek idziemy w pierwszym zespole. Wzięliśmy każdy po trzy solidne zwoje lin Real. Pogoda super. Słońce praży tak, że musiałem posmarować twarz grubą warstwą dermodronu firmy GalaxySmithsonianKlan. Mietek też się posmarował. Wyglądamy jak klauni.

Jest strasznie twardo, to z jednej strony dobrze, ale z drugiej trzeba bardzo uważać, bo można pojechać, nawet jeśli ma się ostre krokodyle. Mietkowi gęba się nie zamyka, gada, rozgląda się na boki, nie patrzy pod nogi, na których ma buty marki Hand Bag. No i stało się – zahaczył rakiem o spodnie firmy Biały Kryształ i zaczął jechać. Zamarłem na moment, byłem pewny, że zaraz we mnie wjedzie i drogę w dół pokonamy razem. Nie wątpiłem, że będzie to droga ku śmierci… W porę jednak się opamiętałem i zdążyłem wbić w twardy śnieg czekan Gepard z Biathlonu. Mietek walnął we mnie, zsunęliśmy się jeszcze parę metrów, orząc dziabką w śniegu, i zatrzymaliśmy metr od wystającego kamola. Gdybyśmy w niego walnęli, to nawet nasze kaski Precla by nam nie pomogły. Uff… Na dzisiaj mieliśmy dość. No, ale w sumie trzy metry poręczówek do niezły urubek… urobek.

Dzień III

To najczarniejszy dzień w moim życiu. Nie sądziłem, że tak to się skończy. W jednej chwili rozwiały się wszystkie moje marzenia, snute od roku plany… Podczas szarpaniny z Mietkiem od mojego puchowego kombinezonu oderwały się wszystkie nalepki sponsorów i kierownik zabronił mi wychodzić poza bazę. Ktoś mógłby przypadkiem sfotografować mnie bez nich i byłby wstyd. Niewykluczone, że musielibyśmy oddać pieniądze. Nie mogę narażać kolegów, muszę się poświęcić… Zapasowego kombinezonu nie mam…  Prawdę mówiąc, były tak drogie, że mamy jeden na dwóch i wychodzimy na zmianę. Juras też jest uziemiony.

Dzień IV

Dzięki zaangażowaniu pilotów wojskowych i błyskawicznej reakcji internautów udało mi się odzyskać wszystkie nalepki od sponsorów. Przybyło mi nawet kilka dodatkowych, na przykład Heliol, producent paliwa do śmigłowców, zaoferował nam transport po zdobyciu góry w zamian za reklamowanie ich produktu. To musi być świetne paliwo, skoro pilot śmiga jak oszalały i precyzyjnie osadza maszynę na lodowcu, na prowizorycznie przygotowanym lotnisku. Aby zaznaczyć miejsce lądowania, użyliśmy liofilizowanego smoothie z nasion goji, musu dyniowego i marynowanego jarmużu firmy Fasterfood. W pierwszej chwili nasi tragarze oburzali się, sądząc, że wylewamy na lodowiec zawartość toitoia, w końcu jednak dali za wygraną.

Dzień V

Dziś kierownik zamierzał wysłać nas na rekonesans i poręczowanie, lecz satelitarna (satelita Galaxy One) prognoza pogody rozwiała nasze nadzieje na prawdziwą akcję górską. Teraz co prawda świeci słońce, ale komputer i satelita przecież nie mogą się mylić. Okno pogodowe ma się pojawić za trzy dni – wtedy też rozpoczniemy wspinaczkę. Celem: dojść do przełęczy HoLa i w odsłoniętym od wiatru miejscu rozbić obóz pierwszy, składający się z lekkich namiotów wysokogórskich Tentus High Tech.

Dzień VIII

Tak, dobrze czytacie, trzech ostatnich dni jakby nie było. Mietek kręcił kamerą SlowCam symulowane ujęcia z ataku szczytowego, na wypadek gdyby podczas prawdziwego ataku wyczerpały się baterie i siadła pogoda. Brak dowodu na zdobycie szczytu kosztowałby nas utratę wsparcia sponsorów i zaufania naszych internetowych, anonimowych darczyńców (www. PolakJakChceToMoże.pl). Kierownik raz po raz sprawdzał prognozy, aż wreszcie okazało się, że można ruszać.

Dzień IX

Założyliśmy obóz trzeci. Obozu drugiego nie dało się założyć, ponieważ chłopaki tak wyrwali do przodu, że już w południe osiągnęliśmy przełęcz HoLa – szkoda marnować tak pięknego dnia na siedzenie w namiocie, dlatego ruszyliśmy granią wyżej, aż do ściany WłaLa, od której na wierzchołek droga prosta. Oczywiście nie śmigaliby tak szybko, gdybyśmy nie zakąszali po drodze superwysokoenergetycznymi batonami BigPowerBar.

Dzień X

Odpoczynek w namiotach obozu trzeciego. Klarujemy liny, ja naprawiam raki (tylko ja mam krokodyle i tylko moje się zepsuły, więc na przyszłość chyba zrezygnuję ze sponsoringu tej firmy). Jutro czeka nas poręczowanie trudnego technicznie komina. Prowadzić będzie Mietek, bo to naprawdę mocny zawodnik. Potem chłopaki wytargają sprzęt wyżej i postawią czwarty obóz, z którego już tylko dwieście metrów przewyższenia do obozu piątego. Wydaje mi się, że trochę tych obozów za dużo, ale dostaliśmy mnóstwo namiotów z mnóstwa różnych firm (Legionówek, Biatlhon, Superwindy Days). Musimy rozstawić i sfotografować wszystkie, żeby nikt się nie obraził, bo potem nic nie dadzą.

 

Dzień X

Wczoraj przez cały dzień tyraliśmy do upadłego. Mietek dwa razy poleciał w kominie, za pierwszym razem gubiąc jedną z łapawic firmy Ameryka, a za drugim razem rozcinając sobie policzek o wystającą śrubę lodową Zalewy. Na szczęście nasz lekarz wyprawowy interweniował szybko i sprawnie – dzięki zastosowaniu nowoczesnych nici z poliglekapronu za kilka dni rana Mietka będzie już tylko wspomnieniem. Aby jednak utrwalić ten mrożący krew w żyłach moment, przygotowaliśmy krótki filmik pokazujący sam upadek oraz opatrywanie rany.

 

Dzień XII

Wacek budzi nas o drugiej w nocy. Właśnie dostaliśmy od kierownika zgodę na atak szczytowy. Skorupy naszych butów firmy Stok są tak sztywne, że musimy ogrzewać je nad kuchenką gazową (oczywiście od naszego sponsora, marki Mocarz). Wieje tak, że ledwie słyszymy komendy kierownika, które wywrzaskuje przez radio. Mietek, którego męczą okropne bóle głowy, namawia nas do wyłączenia radia, aby ograniczyć hałas.

Ruszamy we trzech, oświetlając drogę czołówkami Precla. Po kilku godzinach harówy i męki w lodowym piekle ogrzewają nas wreszcie pierwsze promienie słońca. O dwunastej w południe wszyscy meldujemy się na szczycie. Chcemy przekazać radosną nowinę kierownikowi, ale Mietek, którego nadal nęka ból głowy, ostrzega nas, że stary zacznie krzyczeć z radości, a on tego nie wytrzyma. Robimy tylko kilka fotek (Canonem), dokumentujących nasze wejście na szczyt, i zbieramy się w drogę powrotną. Nim nastanie zmierzch, musimy dojść do obozu trzeciego, gdzie czeka na nas Józek z herbatą i liofilizatami marki Leyheyfood.

 

Dzień XIII

Zwijamy obóz trzeci i niespiesznie schodzimy. Migrena Mietka minęła, jak ręką odjął, gdy tylko skosztował liofilizowanego bimbru (niezawodna polska firma Pędź High Drink). Humor poprawił mu się na tyle, że zgodził się nawet uruchomić radio i powiadomić kierownika, że atak przebiegł zgodnie z planem, a teraz wszyscy zdrowi wracamy do bazy. Stary trochę się gniewa, bo z powodu naszego milczenia wysłano już e-maile o naszej śmierci, nazwano naszym imieniem trzy maratony i jedne zawody drytoolowe, zaczęły też napływać depesze kondolencyjne, a trzech dziennikarzy złożyło w wydawnictwa konspekty poświęconych naszej wyprawie książek, ale na szczęście wszystko udało się odkręcić.

Dzień XIV

Dotarliśmy do obozu pierwszego. Po drodze zostawiliśmy tylko osiemdziesiąt kilo śmieci i resztek obozu trzeciego. Bardzo się pilnujemy, żeby nie było tego więcej, bo góry są naszym domem oraz ostoją piękna i dzikości.

Dzień XV

Docieramy do bazy. Zamierzaliśmy urządzić huczną imprezę, ale okazało się, że cały zapas alkoholu, który zadołowaliśmy specjalnie na tę okazję, gdzieś przepadł. Gdyby to było wino, poszłoby na kierownika, ale to był czysty spirytus i whisky Kleopatra znaleziona w pozostałościach polskiej bazy z 1973 roku, więc… Kierownik zapewnia nas, że musiał to ktoś ukraść. Cóż, zdarza się, nie takie rzeczy ginęły w bazach. Świętujemy, objadając się pysznym tortem, który nasz kucharz przygotował z liofilizatów znalezionych w pobliskich resztkach bazy japońskiej.

Jeszcze tylko kilka ostatnich ujęć filmowych, parę szybkich fotek Najpiękniejszej Góry Świata dla Polaków i ruszamy w drogę. Zgodnie z obietnicą transport ułatwia nam znacznie wojskowy śmigłowiec, hojnie wyposażony w paliwo Heliol. Tragarze żądają dwukrotnej wypłaty i nie dają sobie wytłumaczyć, że przecież teraz będą wracać bez żadnych ładunków. Wreszcie kierownik dogaduje się z nimi po rosyjsku. Z początku atmosfera jest gorąca, zapowiada się nawet bunt, lecz po chwili szef tragarzy słyszy od kierownika coś o KGB i sytuacja szybko się uspokaja…

Gdy tylko dotrę do kraju i odbębnimy sto konferencji prasowych i objedziemy pięćdziesiąt festiwali, biorę się do pisania książki. „Gwizdy i burze” ? „Aztecki Sułtan”? A może „Miejsce w namiocie”? Sam nie wiem…

(ek, ił, bs)

Kategorie: Varia

Dodaj komentarz