„TOPR. ŻEBY INNI MOGLI PRZEŻYĆ”, Beata Sabała-Zielińska

„BEZ WZGLĘDU NA PORĘ ROKU, DNIA I STAN POGODY…”

Historia, przyczynkarstwo, fakty, patos, ratowanie życia, wspominki górskich dziadków… Gdy usłyszeliście „książka o TOPR-ze” to właśnie sobie pomyśleliście. Przyznajcie się.

A tymczasem nic z tych rzeczy.

Nie będę wdawała się w krytyczno-literackie dywagacje i analizy, bo i gatunek to specyficzny i mało „literacki”. Napiszę po prostu: kupcie i czytajcie.

Książka to trochę bałaganiarska, przydałaby się bardziej stanowcza selekcja materiału (wiele faktów i informacji się powtarza), napisana jednak z ogromną energią i zaangażowaniem, trochę „po babsku”, co w tym przypadku jest bardzo „dodatnim plusem”. Autorka znalazła też klucz do opowiedzenia tej historii: pisze „od siebie”, nie stawia się w pozycji historyczki-badaczki-kronikarki, z boku. Po prostu gada z ludźmi. A ludzie opowiadają fascynujące historie. Bo właśnie przez historie, anegdoty i refleksje pokazuje nam TOPR. To opowieść osobista, bliska. Wieloaspektowa. Kilka mitów padnie. Wiele kwestii zostanie dokładnie wyjaśnionych.

Nie można się od tej książki oderwać – bo, przyznajcie się (po raz drugi) – że chętnie czytacie o wypadkach i akcjach ratunkowych. Ile razy wertowaliście „Wołanie w górach” Jagiełły? Czy Wasza przygoda z górami nie zaczęła się od czytania z wypiekami na twarzy o wypadku sióstr Skotnicówien, tragedii Kaszniców, akcji po Szulakiewicza i Jarzynę („Klimku, wracajcie!”)? No bo, przyznajcie się (po raz trzeci), prawie każdy, komu góry są bliskie, zdradza jakiś rodzaj wypadkowego voyeuryzmu.

Oczywiście jest sporo o historii (jest ważna, bo ważne są korzenie i tradycja), jednak Beata Sabała-Zielińska skupia się raczej na tej powojennej – bo po prostu wciąż żyją ludzie, którzy mogą opowiedzieć, jak się ratowało, gdy nie było radiotelefonów czy stalowych lin, a gdy było wezwanie, na centralę pędziło się na rowerze.

Jest też ogromna porcja wiedzy o TOPR-ze.

Ważnym walorem książki jest język: mamy wrażenie, że słuchamy opowieści, siedząc przy herbatce z prądem, tak umiejętnie zostały zredagowane wypowiedzi przeróżnych osób (ratowników, ich żon, matek czy ratowanych ofiar), z zachowaniem specyfiki języka i „grubych” słów. A język jest często chropawy, lekko niepoprawny, co nadaje cenny walor autentyczności.

Momentami autorce nie udaje się uciec od lekkiego patosu, a nawet małej egzaltacji (no, czasem sporej).  Może jednak bez tych „przypraw” nie dałoby się opowiedzieć o rycerzach błękitnego krzyża…. O, pardon, oni nie znoszą tego określenia… o ratownikach TOPR.

„TOPR. Żeby inni mogli przeżyć” to pozycja dla wszystkich ludzi gór ‒ i turystów, i wspinaczy, i kanapowych sympatyków. Dla żeglarzy i kolarzy.

A na pewno powinni ją przeczytać: Seba z Patrycją, zanim wybiorą się w adidasach zimą po zmroku na Zawrat; Janusz, który, zamiast w góry (co ogłosi wszem wobec) pójdzie na piwo albo wsiądzie w pociąg nad morze, bo mu właśnie w duszy zagrało; tatusiowie i mamusie, którzy targają przemarzniętego dzieciaka na Kozi Wierch i nie potrafią z niego zejść; pracownicy korpo, którzy uważają, że jeśli są zmęczeni, to TOPR powinien zwieźć ich z gór śmigłowcem. Przyszli i niedoszli (i niech tak zostanie) samobójcy, którzy postanowią zakończyć swój żywot na piargach pod Giewontem czy na drzewie pod Nosalem… I jeszcze wielu, wielu innych… Żeby mogli przeżyć.

Beata Słama

 Beata Sabała-Zielińska, TOPR. Żeby inni mogli przeżyć, Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.