MAŁA RZECZ, A MARTWI

(Słowacja dla Słowaków?)

Pewnego pięknego lipcowego poranka w Tatrach mojemu przyjacielowi przydarzyła się taka oto przygoda.

(Opowieść jest prawdziwa i zapewniam, że jeśli chodzi o podobieństwo osób i miejsc do rzeczywistych osób i miejsc, to nie jest ono przypadkowe).

Pod koniec lipca tego roku mój przyjaciel, od wielu lat chodzący po Tatrach, postanowił połazikować trochę po zakamarkach Doliny Małej Zimnej Wody. Wyruszył, jak to miał w zwyczaju, bladym świtem, maszerował dziarskim krokiem i koło ósmej rano znalazł się w schronisku Téryego.

Piękna, słoneczna pogoda, bardzo ciepło, a w schroniskowej jadalni ani jednego turysty. Ci, którzy mieli wyjść (a mieszkali w schronisku), wyszli, reszta (być może) spała, a pozostali jeszcze nie dotarli z dołu. Na tym idyllicznym obrazku pojawiła się wprawdzie delikatna rysa ‒  chłopak z obsługi schroniska nie odpowiedział na pozdrowienie, ale może miał zły dzień albo nie usłyszał, ale co tam.

Przyjaciel zdjął plecak i przed wyruszeniem w góry chciał napić się herbaty i coś zjeść. Okienko w barze było już otwarte, ale nikt się tam jeszcze nie krzątał. Przyjaciel odliczył odpowiednią kwotę, odczekał chwilę, ale ponieważ wciąż nic się nie działo, zawołał:

– Przepraszam!

W tej samej chwili w pomieszczeniu obok zauważył pracownicę schroniska. Na jego widok dziewczyna – zamiast coś zrobić albo odpowiedzieć – sięgnęła po krem do opalania (czy jakieś inne mazidło) i zaczęła smarować nim ręce.

Czyżby, podobnie jak chłopak, miała zły dzień albo nie usłyszała?

Po kolejnej dłuższej chwili, kiedy do okienka nadal nikt nie podchodził, przyjaciel ponownie zawołał:

–  Przepraszam!

Dziewczyna, rzuciwszy mu obojętne spojrzenie, energicznie kontynuowała „czynności plażowych”. Przyjaciel zaczekał, aż skończy, i zawołał po raz trzeci:

– Przepraszam!

A panna odwróciła się na pięcie i zajęła jakąś robotą…

 Było to trochę zastanawiające, jednak przyjaciel pomyślał, że może w słowackich schroniskach (w których – co chciałabym podkreślić – w ostatnich latach bywał częściej niż w polskich) zaczęły obowiązywać jakieś nowe zasady i że np. kucharki mają zakaz nie tylko obsługi turystów, ale nawet odzywania się do nich. Niemniej jednak, już nieco zniecierpliwiony (minęło sporo czasu), udał się na schody, stanął w drzwiach kuchni i zadał pytanie, czy ktoś w ogóle obsługuje okienko w jadalni. 

Wówczas „dziewczyna od kremu” znów na niego spojrzała i nie dość, że spojrzała, to nawet się odezwała.

– Nie rozumiem po polsku – burknęła opryskliwie. – Tu jest Słowacja.  

Niby drobiazg, a ja się zastanawiam, czy aby przypadkiem w Tatry nie dotarł właśnie jeden z tych „-izmów”, których tak nienawidził Włodek Cywiński i których nie znosi tak wielu z nas.

Oczywiście ktoś może powiedzieć, że to przecież nic nieznaczący epizod, a cały ten tekst to niepotrzebna burza w szklance wody.

Ja tak nie uważam.

Moim zdaniem taki sytuacje absolutnie nie powinny mieć miejsca, a już na pewno nie w górach i do tego jeszcze w schronisku – w miejscu, gdzie każdy wędrowiec, i ten „niedzielny”, i ten profesjonalny, i nawet ten, który wpada tylko na herbatę, powinien czuć się komfortowo.

Bo to jest SCHRONISKO.

A dziewczyna?

Cóż, kiedy po chwili (w trakcie której mój wzburzony przyjaciel opuszczał schronisko) w jadalni pojawili się kolejni turyści – w tym Polacy – nie przeszkadzał jej już język polski i wszystko rozumiała. Zapewne zabrakło jej odwagi, aby przy świadkach wyskakiwać z tekstami w stylu „tu jest Słowacja”.

Eliza Kujan

(Fot. www.wysokie-tatry.pl)

 

 

 

 

Kategorie: Felietony

Dodaj komentarz