KILKA UWAG O ZDOBYCIU TATR

Zdobycie Tatr – historia i kronika taternictwa to książka, na którą czekałam z ogromną niecierpliwością. Nadzieje miałam spore, tym bardziej że jej autor, Jan Kiełkowski, na górach (nie tylko Tatrach) zjadł zęby – wspinał się, poświęcał im artykuły, pisał przewodniki wspinaczkowe i monograficzne przewodniki alpinistyczne po wielu pasmach górskich świata, aż wreszcie wielkie dzieło: WEGĘ Biorąc zatem na warsztat tak ciekawą tematykę, jaką jest historia taternictwa, doskonale wiedział, z jakiego typu materią przyjdzie mu się zmierzyć, i z pewnością posiadał więcej niż niezbędne minimum wiedzy w tej dziedzinie. Tajemnice pierwszych eksploratorów odkrywali już wprawdzie Józef Szaflarski w Poznaniu Tatr oraz Bolesław Chwaściński w książce Z dziejów taternictwa. O górach i ludziach, jednak Kiełkowski postanowił zrobić krok dalej i opracować pierwszą „szczegółową eksplorację historii alpinistycznej”, którą zamykać będzie rok 2000, kiedy to (jak uważa i z czym nie wszyscy muszą się zgadzać) zakończyła się najistotniejsza część tejże eksploracji.

Od razu chciałabym zaznaczyć – usprawiedliwiając trochę moje różne „ale”, o których za chwilę – że historia taternictwa to obszerny i skomplikowany temat, szczególnie zaś okres, którym poświęcony jest pierwszy tom książki, obejmujący spowite mrokiem czasy prehistorii aż po rok 1903. Badacz musi przede wszystkim przeanalizować szereg rozproszonych po sąsiednich krajach materiałów źródłowych, z których spora część dostępna jest np. tylko po niemiecku lub węgiersku. Źródła węgierskie z powodu bariery językowej traktowane są zwykle po macoszemu i ograniczane do niezbędnego minimum.

Kolejnym problemem jest to, że pierwsi eksploratorzy z przyczyn obiektywnych zwykle nie precyzowali, na jaki wierzchołek się wdrapali, ograniczając się do wieloznacznych określeń typu „najwyższy szczyt karpacki” czy też „wierzch pierwszej, skalistej góry”. Z kolei inni zapędzali się na nieznane sobie stoki po minerały, kwiaty, zioła, góra zaś, jako taka, raczej ich interesowała.  

Analiza źródeł, weryfikowanie, porównywanie, wyciąganie wniosków to moim zdaniem najtrudniejsza część tej mrówczej pracy. Mój „idealny badacz”, trzymając się faktów, powinien zbudować fascynującą historię, doprecyzować niedomówione, wyjaśnić niewyjaśnione. Powinien też dzielnie przedrzeć się przez pewien ustalony i obowiązujący kanon, co w kontekście utrwalonych przez lata w zbiorowej świadomości dat czy wydarzeń (niekiedy błędnych) wcale nie jest takie proste. Czy Kiełkowskiemu to się udało? Może to mało fachowe, ale postanowiłam nie ferować wyroków – uważam, że każdy powinien sam odpowiedzieć sobie na to pytanie, a odpowiedź będzie zależeć od tego, do czego służyć będzie ta książka.

„Zwyczajna” lektura Zdobycia Tatr daje czytelnikowi solidną porcję wiedzy, chociaż nie czyta się jej łatwo. Kiełkowski (być może świadomie) zrezygnował z  potoczystego języka, który był np. ogromnym walorem książki Chwaścińskiego, a nawet – choć niektórych może to zdziwić – Szaflarskiego. Wprawdzie autor pozwala sobie niekiedy na drobne osobiste wtręty, jednak na ogół ogranicza się do suchych, bardzo skondensowanych faktów (osoba – data – cel). Dla równowagi od czasu do czasu przytacza jednak obszerne materiały źródłowe, dzięki którym można sobie wyobrazić, jak to drzewiej przy ognisku i na dziewiczym wierzchołku bywało. Niezaprzeczalnym atutem książki są ilustracje (szkoda, że czarno-białe), imponująca bibliografia oraz pieczołowicie opracowane zestawienia osiągnięć taternictwa z osiągnięciami alpinizmu światowego, które wieńczą poszczególne rozdziały. Swego rodzaju ciekawostką jest to, że indeks nazwisk i nazw topograficznych można pobrać ze stron wydawnictwa Stapis.

Czytając jednak Zdobycie Tatr w sposób „tematyczny” i analizując konkretne problemy czy wydarzenia, można zauważyć, że Kiełkowski nie ustrzegł się pewnych nieścisłości i błędów. Jak już wspominałam, ogromnym atutem tego dzieła jest bogata bibliografia. Przeglądając ją, można z całą pewnością stwierdzić, że autor odwołuje się zarówno do źródeł, nazwijmy to, kanonicznych, lecz nieobce są mu również najnowsze odkrycia historyczne. Choć w niektórych przypadkach wyraźnie „sprzeniewierza się” kanonowi na rzecz „nowinek” (dotyczących np. miejsca, do którego w rzeczywistości dotarła pierwsza turystka tatrzańska, Beata Łaska, czy też daty i autorstwa pierwszego wejścia na Wołoszyn), to w innych, pomimo nowych odkryć, z niezrozumiałych dla mnie powodów powtarza błędne poglądy. Najjaskrawszym tego przykładem jest zdobycie Lodowego Szczytu w 1843 roku. Kiełkowski podaje, że pierwsza droga na Lodowy wiodła z Doliny Jaworowej przez Sobkowy Żleb i górną część Sobkowej Grani, gdy tymczasem jakiś czas temu dwaj niestrudzeni badacze (Józef Nyka i Andrzej Z. Górski) niezależnie od siebie udowodnili, powołując się (co ważne!) na oryginalne źródła, że Lodowy został zdobyty granią od Lodowej Kopy. Jeżeli nawet autor nie zgadza się z tą tezą (do czego ma prawo), powinien o niej wspomnieć. Stąd też bierze się mój niedosyt, jeśli chodzi o tę książkę – w moim odczucie pewne wydarzenia potraktowane są przez Kiełkowskiego zbyt ogólnie, brakuje mi w nich szerszego historycznego kontekstu czy też krótkiego zaznajomienia z „ewolucją poglądów” na dany temat.

Analizując wejścia na konkretne szczyty tu i ówdzie możemy natrafić na pewne nieścisłości. Kiełkowski nie kwestionuje na przykład, że w 1834 roku na Gerlachu jako pierwsi stanęli Jakob Gellhof, Martin Spitzkopf-Urban, Johann Still i dwaj koziarze. Rozbieżności pojawiają się natomiast przy drugim wejściu (i kolejnych) na najwyższy tatrzański wierzchołek. W książce znajdujemy:  

  • 134 – lato 1859 roku, drugie wejście na Gerlach „zaliczył” niejaki Josef Fredrich Krzisch (zapewne Kiełkowski powołuje się na artykuł Józefa Nyki przywołany w bibliografii);
  • 153 – 1868 rok, drugie wejście – austriaccy topografowie (a co z Krzischem?);
  • 153 – 1869 rok, trzecie wejście – austriaccy topografowie (czyli autor chyba nie uwzględnia wejścia Krzischa);
  • 154 – 1868 rok, trzecie wejście – austriaccy topografowie (więc Krzisch jest uwzględniony);
  • 183 – 7.VIII.1874, czwarte wejście szczytowe (czyli chyba tak naprawdę piąte, bo wcześniej byli przecież pierwsi zdobywcy, Krzisch i dwukrotnie (?) austriaccy topografowie.

Podobne przykłady „gubienia” zdobywców, sprzeczności czy rozbieżnych „numeracji wejść” można wychwycić też w innych miejscach.

Zdarzają się także literówki (a raczej „cyfrówki”) w datach wejść. Mamy więc próbę wejścia Hacqueta na Krywań z Doliny Koprowej w 1792 roku i 1772 roku, wejście na Krzyżne w 1967 roku, pierwszą (oficjalną) Słowacką Narodową Wycieczkę na Krywań w 1941 roku, wejścia na Łomnicę i Pośrednią Turnię w 1941 roku (powinno być odpowiednio 1867 i 1841), wejście Frolicha na „najwyższy szczyt karpacki” w 1614 roku (gdzie indziej jest 1615 rok). Pojawia się też Niemiecka Drabina na północnej ścianie Łomnicy (zamiast w północnej ściany Małego Kieżmarskiego) ‒ być może osoby znacznie bardziej biegłe w historii taternictwa i topografii znalazłyby coś jeszcze. Wbrew pozorom nie chodzi mi jednak o to, aby „punktować” autora, gdyż błędy te wynikają w większości przypadków raczej z braku tzw. „trzeciego oka” redaktorsko-korektorskiego. Pieczę redaktorską nad książką sprawowała Małgorzata Kiełkowska, która zapewne również czytała ją przysłowiowe tysiąc razy. Z doświadczenia wiem, że w takich przypadkach nie ma siły, aby nie przepuścić  literówek, braku spacji, przecinków, opustek, czy innych błędów. Dlatego książkę powinna redagować jedna osoba, a korekty dokonać inna. A żeby było zgodnie ze sztuką wydawniczą, korekty powinny być dwie.

Książka zawierająca tak wiele informacji musi być przejrzysta, tymczasem Zdobycie Tatr… sprawia wrażenie, jakby była składana na domowym komputerze. Gęsty tekst zapełnia strony od krańca do krańca, cytaty są co prawda ujęte w bloki, jednak nie oddzielone i bez wcięć akapitowych. Jak już napisałam, szkoda, że ilustracje są czarno-białe, co w połączeniu  z mało profesjonalnym składem sprawia, że książka jest po prostu brzydka i daleko jej do wydawnictw np. Tatrzańskiego Parku Narodowego, niemal wzorcowych.

Mimo tych wszystkich zastrzeżeń nie sposób nie docenić tej pozycji. Kiełkowski wykonał tytaniczną pracę. Z niecierpliwością czekam na kolejny tom. 

  Eliza Kujan

Jak Kiełkowski, Zdobycie Tatr, Stapis, Katowice 2019.

Recenzja ukazała się na Wspinanie.pl, ta wersja jest nieco zmieniona.

 

 

 

 

 

Kategorie: Książki

Dodaj komentarz