ZAGINIONY HORYZONT, CZYLI JAK ZROBIĆ KRZYWDĘ AUTOROWI

Cenimy wspomnienia, rozumiemy też chęć pisania, nawet jeśli autor nie potrafi stworzyć dzieła wybitnego. Bo warto ocalać czasy i chwile, warto przypominać i utrwalać. Książka, o której napiszemy, jest próbą przywołania dawnych wspinaczkowych dni, próbą zostawienia po sobie śladu. Tadeusz Szczęsny mógł zapisać się w naszej pamięci jako autor tomiku przyjemnych wspominkowych opowiadanek wydobytych z szuflady, mamy jednak nieodparte wrażenie, że wydawca nieco zatracił proporcje i zapragnął ze wszystkich sił przekonać nas, iż mamy do czynienia z arcydziełem, co dla autora jest zwyczajnie krzywdzące.

Autora można skrzywdzić na wiele innych sposobów: rozbudzając apetyt czytelników, zamieszczając już we wstępie pean na cześć książki, zatrudniając nieprofesjonalnego redaktora, który nie przedyskutuje z tymże autorem pewnych kwestii, a w innych wręcz nie poprowadzi go za rękę, który nie wykaże się należytą starannością podczas pracy nad tekstem, za to napisze blurb na okładkę, co odbierze blurbowi (i wydawcy oraz redaktorowi) wiarygodność. Z wszystkim tym mamy do czynienia w przypadku zbiorku opowiadań Tadeusza Szczęsnego Zaginiony Horyzont. Książka nie o wspinaczce wydanego przez Stapis.

Tadeusz Szczęsny, rocznik 1956, wywodzi się z wrocławskiego środowiska wspinaczkowego, przyjaźnił się się i wspinał z jego bardziej i mniej wybitnymi przedstawicielami, szkolił żołnierzy w Dolinie Kobylańskiej (na ten temat powstała wspomnieniowa, niezbyt udana książka będąca pracą zbiorową, do której on też wtrącił swoje trzy grosze). Teraz nadszedł czas na wydanie wspomnień i dawnych tekstów (pochodzą z lat 1976-2008).

To zbyt mała proza, by mogła być przedmiotem dogłębnej analizy, napiszemy tylko, że opowiadania są bardzo nierówne, w niektórych gubi się puenta lub nie jest należycie podkreślona, autor nie potrafi wydobyć z opisywanych sytuacji komizmu, wiele anegdot nie śmieszy, a zabiegi narracyjne, które próbuje stosować, przypominają eksperymenty licealisty marzącego o karierze pisarskiej. Z wyżej wymienionych wad tej prozy nie da się uczynić zarzutów o dużej sile rażenia, lecz gdy czytamy w słowie wstępnym pióra nie kogo innego, a samego profesora Jacka Kolbuszewskiego (zapewne klubowego kolegi), iż: „[…] opowiadania Tadeusza Szczęsnego wręcz stwarzają w polskim pisaniu o górach nową zupełnie, bardzo istotną jakość […]”, mamy wrażenie, że próbuje nam się sprzedać wyrób czekoladopodobny w opakowaniu po czekoladzie znanej marki. Bo w opowiadaniach Szczęsnego „nowej jakości” nie sposób się doszukać, przed nim i po nim byli autorzy o wiele lepsi, to pisanie zaledwie poprawne i mało oryginalne. To wrażenie pogłębia się, gdy z tyłu okładki czytamy blurb autorstwa redaktorki i korektorki tej książki, która zaprzęgła całą swoją barokową elokwencję, czyniąc rozpaczliwą próbę dostrzeżenia w tych poczciwych i nieco topornych tekstach „ułańskiej fantazji”, „zadziornego humoru” i… „nieuchwytnej białej magii”. Dodać należy, iż jest rzeczą wysoce niestosowną, aby redaktor pisał teksty na okładkę redagowanej przez siebie książki – to sprzeczne z redaktorską niepisaną etyką, i chyba z etyką w ogóle.

To nie koniec naszych zdziwień. We wstępie profesor Kolbuszewski pisze, iż „[…] pod względem językowym i stylistycznym tekst opracowany został nienagannie […]”, a my ze zdumienia wytrzeszczamy oczy. Bo wstęp ten został napisany w… 2002 roku! Czyżby niczym prorok pan Kolbuszewski przewidział pojawienie się na redaktorskim (i korektorskim) firmamencie Ilony Łęckiej?

Niestety opracowanie tekstu nie ma nic wspólnego z „nienagannością” z tej prostej przyczyny, że Ilona Łęcka nie jest ani redaktorką, ani korektorką. Nie ma doświadczenia, nie wie, jak pracuje się nad książką. Dziwi też, iż osoba uważająca się za krytyka literackiego podjęła współpracę z wydawcą, który próbował krytykę stłumić, łamiąc w sposób rażący prawo prasowe.

W książce znajdziemy błędy wszelakie (gramatyczne, ortograficzne i merytoryczne), brak konsekwencji, jeśli chodzi o pisownię, wiele do życzenia pozostawia interpunkcja. Zadziwiające jest też zamiłowanie autora, czy też redaktorki, do cudzysłowu, w którym wylądowały takie słowa i określenia potoczne, będące powszechnie w użyciu, jak „na już”, „solo”, „wędka”, „opierdol”, „skorupy” (plastikowe buty), „śmigło” (śmigłowiec) czy „złapać wilka”.

Lubimy czytać z długopisem w ręku.

Mamy konstrukcję: „z tak zwanym palcem w dupie” – palec to palec. Palec nazywa się palec, nie jest tu palcem „tak zwanym”, „tak zwana” nie jest również dupa ‒ poprawny przykład użycia tej konstrukcji: „Obok kronik cesarskich zachowały się także tak zwane kroniki skrócone” [dobryslownik.pl]) ‒ a także „Piętnastego listopada. Godzina jedenasta”, „pomogłem córce ubrać uprząż”, „taborysko”, „sposób zjazdu na linie polegający na umiejętnym jej oplocie wokół ciała” (hmm…), Trawers Grońskiego (popr. Zachód Grońskiego), „haligonkę” zamiast „heligonki”, „popołudniu”, zamiast „po południu”, i wiele innych.

Oczywiste jest, że błędy zawsze mogą się przemknąć, wie to każdy redaktor i korektor, jednak nie powinno być ich tak wiele, a fachowiec szybko się zorientuje, czy nad książką pracowała osoba kompetentna. Takim sprawdzianem są na przykład przypisy. Pierwsze słowo przypisu piszemy wielką literą, a przypis kończymy kropką. W wydawnictwie, które szczyci się tym, że wydało trylion książek, ktoś powinien to wiedzieć. A redaktorka i korektorka tym bardziej. Tymczasem wielka litera, jak i kropki owszem, pojawiają się, jednak niezwykle rzadko. Warto też znać zasady stosowania kursywy, pisowni nazw schronisk, hoteli czy liczebników – każde szanujące się wydawnictwo ma je ustalone i zebrane, by mogli się do nich stosować tłumacze i redaktorzy.

Profesor Kolbuszewski wyraża nadzieję, iż Zaginiony horyzont „odbiorców znajdzie zapewne nie tylko w ścisłym środowisku wspinaczy”, lecz w naszym odczuciu jest to raczej pozycja dla bliskiego kręgu znajomych autora, wspinaczy właśnie. Bez względu na to jednak, kim będzie przyszły czytelnik, czy naprawdę należy traktować go jak idiotę i tłumaczyć, co to jest ekspozycja, przewieszka, trawers, komin, luft („wyrażenie slangowe oznaczające »dużo świeżego [?] powietrza pod nogami« [co tu robi cudzysłów, czy to cytat?]”), płaśń, moro, karabinek („metalowy pierścień z zamkiem”)… Przypis „karabinkowy” pojawia się zresztą dwa razy – za drugim jest to „karabinek lekki”, lecz definicja ta sama, z zaznaczeniem, że lekki. No i jeszcze: karimata, Horska Služba, goretex, poręczówka, Nosal, Kocioł Gąsienicowy czy „Murowaniec” („popularna nazwa schroniska na Hali Gąsienicowej” – nie popularna, to schronisko tak się nazywa), a także czekan. Możemy tu wręcz mówić o przypisowym szaleństwie.

Reasumując: w Stapisie próżno obecnie szukać pozycji znanych i dobrych autorów piszących o górach. Ci idą do dużych wydawnictw, gdzie mogą liczyć na opiekę fachowców. Można odnieść wrażenie, że książki w Stapisie wydają już tylko państwo Kiełkowscy (mają gwarancję, że ich tekstów nie tknie żaden redaktor) i desperaci wiedzący, że nikt inny na wydanie ich dzieł się nie zdecyduje. Ci drudzy jednak także zasługują na staranne i poważne podejście, profesjonalnego redaktora i dobrą okładkę. Po prostu na szacunek.

Eliza Kujan, Beata Słama

Tadeusz Szczęsny, Zaginiony horyzont. Książka nie o wspinaczce,  Stapis, Katowice 2019.

Kategorie: Książki

Dodaj komentarz