O WANDZIE JESZCZE RAZ

Dwa lata temu ukazała się biografia Wandy Rutkiewicz pióra Anny Kamińskiej Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci (Wydawnictwo Literackie). To pierwsza biografia polskiego człowieka gór napisana przez osobę spoza środowiska, rzetelna, głęboka i ważna właśnie ze względu na to „pozagórskie” spojrzenie. Kamińska pokazała nam Wandę jako postać tragiczną, złożoną, nie oceniając jej jednak, a dając jedynie klocki, z których każdy mógł tę Wandę sobie ułożyć. I odniosła duży sukces, książka sprzedawała się doskonale, szkoda, że nie doceniło jej jury w Lądku Zdroju. Wydawać by się mogło, że temat „Wanda” został już wyczerpany. Jaki jest więc sens pisać kolejną biografię himalaistki, wystawiać się na porównania i oceny? Ja nie mam pojęcia, natomiast Elżbieta Sieradzińska chyba tak, ponieważ napisała książkę Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt (Marginesy). Tytuł wymyśliła ponoć nieodżałowana Ewa Matuszewska.

Mamy więc dwie różne biografie i dwa różne style pisania. Ja książkę Kamińskiej nazwałabym czasownikową, a Sieradzińskiej przymiotnikową. A lektura tej drugiej skłoniła mnie do zastanowienia się nad dziwną i może nieco absurdalną kwestią: czy styl pisania powinien pasować do opisywanej osoby? Anna Kamińska pisze spokojnie i precyzyjnie, opisuje bohaterkę poprzez działania, wydarzenia i detale, narrację prowadzi spokojnie. To, co stworzyła Elżbieta Sieradzińska, Ilona Łęcka nazwała galopującym reportażem. Styl to rozpędzony, niemal sowizdrzalski. Wykrzykniki, krótkie zdania, kategoryczne stwierdzenia,  hop, siup, szybko, byle do przodu. Oddaje on być może charakter autorki, lecz raczej nie bohaterki, Wanda była bowiem osobą spokojną i nieco przezroczystą emocjonalnie, wyważoną i stonowaną.

Bardzo dużo w tej książce przymiotników i egzaltacji, a także domniemanych reakcji, przypuszczalnych opinii, prawdopodobnych odczuć. Osoby nieżyjące wygłaszają opinie tak, jakby właśnie rozmawiały z autorką, sporo jest dywagacji, co by było, gdyby… Są też jednak momenty piękne i wzruszające, jak choćby ten:

„Patrzą w niebo wysokie, czyste. Reinhold Messner jest już uznaną gwiazdą alpinizmu; dziewczyna, która siedzi obok – jeszcze nie. Rozmawiają. O pewnych rzeczach mówi się łatwiej z oczami utkwionymi w nocnym niebie, zwłaszcza jeśli jest się introwertykiem, który w ogóle o sobie mówi rzadko. W mroku nie widać wyrazu twarzy, błysku oczu, zaciśniętych ust. »W górach czułam się jak w domu – mówi dziewczyna – wkrótce znaczyły dla mnie wszystko, ponieważ tam byłam szczęśliwa«.Szczęśliwa, nieszczęśliwa, dom, góry. Messner odnosi wrażenie, że dla łagodnej, delikatnej, ważącej każde słowo rozmówczyni »góry to właśnie ucieczka przed nieszczęśliwym życiem«”.

Czym o jeszcze różni się ta druga biografia od pierwszej? Są w niej niepublikowane dotąd wypowiedzi matki Wandy Rutkiewicz (Elżbieta Sieradzińska rozmawiała z nią wiele lat temu) ‒ choć nie wnoszą niczego nowego ‒ jest za to zdecydowanie mniej ojca, w przeciwieństwie do biografii pierwszej, w której było go być może za dużo. Wypowiada się kilka osób, z którymi Kamińska nie rozmawiała. Czy dzięki temu dowiadujemy się czegoś więcej o Wandzie Rutkiewicz? Okazuje się inna, mniej tajemnicza, a bardziej zaskakująca? Nie. Elżbieta Sieradzińska wykonała ogromną i godną podziwu pracę, jej książka zawsze będzie jednak tą drugą. Ale czy potrzebną?

Niestety w stopce redakcyjnej nie ma nazwiska konsultanta, nie pracował też nad nią redaktor obeznany z górskimi sprawami, dlatego sporo w niej błędów: młotek to czekan, Sokoliki mają stumetrowe ściany i nazywają się Skałki, są karabińczyki, wariant R, ściana Trollów, a na zdjęciu mającym przedstawiać Arka Gąsienicę Józkowego widnieje jego wujek Pinio.

Kto nie czytał pierwszej biografii Wandy Rutkiewicz, niech przeczyta tę drugą, dowie się wiele. Kto czytał… niech robi, co chce.

*

Na Wspinaniu.pl ukazał się tekst Krystyny Palmowskiej, w którym wskazuje błędy, jakie znalazły się w tej książce. Jest ich mnóstwo. Skąd się wzięły?

Nie wątpię w dobrą wolę autorki i w to, że chciała napisać książkę jak najlepszą i jak najbardziej rzetelną. Wydaje mi się jednak, że zemściła się na niej nieumiejętność korzystania ze źródeł, zły ich dobór i bezkrytyczny do nich stosunek. Czasem wystarczy internet (choć nie należy na nim bezwarunkowo polegać, najlepiej sprawdzić kilka lub kilkanaście linków czy stron), czasem trzeba poszukać w literaturze przedmiotu, której jest naprawdę bardzo dużo. Ale też trzeba wiedzieć, które pozycje wziąć pod uwagę.

No dobrze, załóżmy, że autorka sobie nie poradziła, pora na redaktora, który powinien być i „kontrolerem”, i pomocnikiem, a konsultant tylko wisienką na torcie. Bo to do redaktora należy sprawdzenie każdego faktu, detalu i pisowni. Źródeł naprawdę jest wiele, są na wyciagnięcie ręki lub na kliknięcie. Redaktorka książki o Wandzie wykazała się brakiem znajomości warsztatu. A może lenistwem i ignorancją?

Niedawno konsultowałam przekład książki górskiej. Nie doczytałam towarzyszącego tekstowi e-maila, a też i poziom językowy tekstu by zatrważający, dokonałam więc pełnej redakcji. Przeorałam tekst dwa razy (za jedną trzecią stawki), po czym dowiedziałam się, że panie redaktorka i tłumaczka mają teraz kłopot, bo muszą przywracać swoją wersję. E-mail był w tonie zniecierpliwionego focha.

Zaakceptowały łaskawie moje poprawki merytoryczne (ciekawe, czy zaświtała im głowie jakaś refleksja?), jednak czasem merytorykę trudno oddzielić od narracji, więc nie wiem, co z tego wyszło.

Najbardziej jednak zadziwiające i zatrważające było to, że ani jedna, ani druga nie zajrzały do żadnej pozycji poświęconej wspinaniu i górom, nie kliknęły na żaden link. A nie jest to któreś z tzw. wydawnictw górskich, słynących z niskiego poziomu, a wydawnictwo znane i niezłe, a temat popularny, szeroko i dokładnie opisany.

Oczywiście redaktor nie musi znać się na wszystkim, musi jednak wiedzieć, czego nie wie, wyczuć, co warto i należy zweryfikować. Być czujny i nieufny. W swojej „karierze” miałam do czynienia z książkami o łodziach podwodnych, kompoście, hodowli kóz, z książkami, których akcja rozgrywała się w Indiach, Afryce i Japonii… Czy jestem żołnierką, rolniczką, hodowczynią czy japonistką? Nie. Po prostu korzystałam ze źródeł, by popełnić jak najmniej błędów, choć zapewne się ich nie ustrzegłam.

Nad książką, nad którą niepotrzebnie spędziłam tyle czasu, pracowały osoby niemające pojęcia o fachu translatorskim i redaktorskim, nie mówiąc o tym, że nie posiadły znajomości poprawnej polszczyzny. I tak dzieje się coraz częściej. Czy to wydawnictwo uchodzące za dobre, czy te z drugiej ligi, niszowe czy duże ‒ natrafiamy na gnioty i knoty, pospolite błędy i nierzetelną pracę, na dowody ignorancji, a może po prostu na brak szacunku dla czytelników. Redaktorem nie jest łatwo zostać – korytko wąskie, tłok przy nim duży i nie kwalifikacje się liczą, a znajomości. Państwo wydawcy, może jednak czas, by zamiast koleżanek, choćby najmilszych, cioć i misiewiczów, zacząć zatrudniać fachowców?

Beata Słama

Recenzja ukazała się w kwartalniku „Tatry”.  Ta wersja jest zmieniona i rozszerzona.

Elżbieta Sieradzińska, Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt, Marginesy, Warszawa 2018.

 

Kategorie: Książki

Dodaj komentarz