WIRUS (GŁUPOTY) W SZCZELINIE

Że taka książka się ukazała, dowiedziałam się z grupy na Fb Literatura Górska. Nie jest nowa, wyszła w 2018 roku, choć tematyka jakby na czasie… Jakoś nie przedarła się na pierwsze miejsca rankingów, nikt jej nie promował, nie reklamował, do konkursów nie zgłaszał, bo przecież byśmy o tym wiedzieli.  Została chyba wydana nakładem własnym autora, Tomasza Odziemczyka, a wydawnictwo nazywa się Wielka Kałamarnica (hmm…).

No więc ją kupiłam. I przeczytałam. Żebyście Wy nie musieli. Docencie to.

Tytuł Szczelina nie jest niestety nawiązaniem do Szczelin istnienia  Jolanty Brach-Czainy, wątków feministyczny brak, jest nawet wątek jakby antyfeministyczny. Ale nie zdradzę.

Spójrzmy na pierwszą stronę.

Autor napisał: „Wszelkie niedopatrzenia, pomyłki i głupie pomysły biorę na siebie”. I to jest genialne posunięcie, otwierające drogę rzeszom grafomanów i literackich nieudaczników. Są pomyłki i głupie pomysły? Są. Ale spoko. Biorę na siebie.

A teraz, uwaga, będę spojlerowała.

Jak nadmieniłam, szczelina nie jest metaforyczna, a jak najbardziej dosłowna, w lodowcu w dolinie Batura w Karakorum. W WEDZE Kiełkowskiego takiej doliny nie ma, ale może nie doczytałam czy coś. No, ale przecież to powieść, więc nie musi być.

Polska wyprawa zimowa na wysoką górę liczy pięcioro członków: narrator Przemek, doświadczony himalaista. Zbir, też doświadczony wspinacz dużych rozmiarów o groźnym obliczu. Młody, himalaista początkujący. Jan, najstarszy, kierownik wyprawy. Oraz ładna lekarka Ola, do której narrator czuje miętę, lecz wątek miłosny nie rozwija się.

Jest jeszcze oficer łącznikowy i trzech bazowych pakistańskich pomagierów, z których jeden ma na imię Buraq, czyli chyba Burak.

No więc Zbir, Młody i Przemek wracają z rekonesansu. Idą przez lodowiec i znajdują szczątki samolotu. Wiedzeni ciekawością, postanawiają odnaleźć cały samolot. Znajdują go w głębokiej szczelinie, do której schodzą, by go sobie obejrzeć. Schodzi dwóch, trzeci asekuruje. W samolocie znajdują zwłoki dwóch pilotów i jakiegoś gościa, a są one w stanie innym, niż wskazywałyby ma to okoliczności ich śmierci. Są też jakieś skrzynie, my sobie myślimy, że jest w nich broń, forsa albo narkotyki (no, obejrzało się trochę filmów…), ale chłopcy do nich nie zaglądają, bo i po co. Pod koniec skrzynie okazują się paletami, więc właściwie nie wiadomo, co to jest i na co.

Gdy tak sobie oglądają ten samolot, nagle z jakiegoś kąta wypada szczur i hyc na Młodego. Szczur jest zajadły, wcale nie zamarznięty na kość, nieustraszony, krwiożerczy, o dzikim spojrzeniu. Zanim padnie, ugodzony czekanem, ukąsza Młodego, choć nie jakoś bardzo.

Spenetrowawszy wrak, panowie wracają do bazy z postanowieniem, że zgłoszą, zawiadomią odpowiednie służby itd. Nic z tego. W bazie stan Młodego gwałtownie się pogarsza. Gość słabnie, ma dziwne objawy, zapada w śpiączkę. Lekarka Ola o falujących rudych włosach daje mu leki, zastrzyki i takie tam, ale nikt nie wie, co mu jest. Może napad cukrzycy? – spekulują. Wszyscy czuwają, a ten nagle się ocyka, dostaje krwiożerczego szału, ukąsza kierownika, no, właściwie odgryza mu pół twarzy, i schodzi śmiertelnie.

Ukąszony kierownik też bynajmniej nie zachowuje się spokojnie – wpada w amok, wyje i się miota, próbując kogoś ukąsić, jednak zwala się na karakorumski śnieg zabity strzałem z pistoletu przez jednego z Pakistańczyków. Bo to wcale nie są bazowi pomagierzy, tylko terroryści. Bezwzględni i wyposażeni w broń z tłumikiem, żeby na wysokogórskich bezludnych bezkresach ludzie, których tam nie ma, nie usłyszeli wystrzałów.

Mówią też nienagannym angielskim.

Aha, przedtem jeszcze ktoś wyciąga z komputera kartę SIM, więc nie ma łączności z niczym. Słowem – pułapka.

Teraz akcja nabiera zawrotnego tempa.

Okazuje się oczywiście, że samolot to sprawka terrorystów, a przewożono nim z Ałma Aty (korekta ma poważny problem z tą nazwą, bo to jest trudna nazwa, no i skąd wziąć słownik?) wirus powodujący, że kogo dopadnie, ten zamienia się w morderczego zombie czy też mordercze zombie, a może zombi. A te zombi miały być wykorzystane do zabijania ludzi w Japonii w zemście za drugą wojnę światową czy tam coś. A mścić się mieli, tak w ogólności, wrogowie zachodniej cywilizacji. Potem pojawiają się jeszcze Chińczycy, no i Rosjanie – jakże mogłoby ich zabraknąć – ale w tle. I żądna zemsty azjatycka niewiasta. Słowem – niezły bigos.

Ale zanim co, terroryści groźbą, nie prośbą, zmuszają dzielnych Polskich himalaistów, w których rękach natenczas spoczywa los całej ludzkości, do pójścia do wraku i przyniesienia pojemnika z wirusem.

Polscy himalaiści mają zresztą niezwykle silnie rozwinięty etos, powołują się nawet na Kukuczkę. Bo był dzielny i nieustraszony.

No, ale zanim co, polscy himalaiści spędzają noc związani w namiocie, lecz zamiast kombinować, jak uciec, czy coś, oddają się dywagacjom o światowym terroryzmie i globalnych zagrożeniach.

No, wreszcie wyruszają, a jako zakładniczka zostaje w bazie lekarka Ola poszturchiwana brutalnie przez tubylczych terrorystów…

Na tym zakończę, bo może jednak ktoś chciałby przeczytać. Powiem tylko, że trup ściele się gęsto i zwycięża prawda, sprawiedliwość i wartości  humanistyczne.

Czy fabuła czegoś Wam nie przypomina? Autor na pierwszej stronie oddaje hołd Alistairowi McLeanowi, choć mnie fabuła przywodzi na myśl raczej film Coś według noweli Johna W. Campbella.  Ale Przełęcz Złamanych Serc też może być, bo jest epidemia dyfterytu.

Czy to dobra książka? Nie jest to z pewnością czystej wody grafomania, lecz męczą dłużyzny, nieumiejętne budowanie napięcia, wtręty dydaktyczne. Naiwności i nieskładności. Że o zombicznym pomyśle nie wspomnę.

A teraz wróćmy do pierwszej strony.

 Autor dziękuje na niej jednej pani, która wsparła go redakcyjnie –  nie wsparła.

„głos ugrzązł mu w gardle”

„uniósł w górę kciuk”

„kiwnąłem potakująco głową” [To na wypadek, gdyby był Bułgarem].

„Czuł się na takim terenie jak ryba w wodzie”.

„Ocknąłem się z rozmyślań”.

Autor zna tylko słowa „odrzekł” i „powiedział”. Inne, takie jak: „zauważył”, „wtrącił”, „stwierdził”, „skonstatował”, „odezwał się” itp. są mu obce, a może wstrętne?

 „zajrzałem do środka plecaka”

„mocowanie poręczówek dało nam się mocno w kość”

„Janek, fizycznie najsłabszy z mężczyzn” (na wyprawie była tylko jedna kobieta).

 „odczuwał lęk wobec ciasnych, zamkniętych przestrzeni”

himalaiści zawsze „chwytają się” czekana [jak tonący brzytwy?].

„Chwyciłem się czekana i przywarłem do zbocza, tuląc głowę w ramionach”. [Czy to anatomicznie możliwe?].

„Wierzgnąłem całym ciałem…”

Dziękuje też  panu, który wsparł go merytorycznie – nie wsparł.

„Kurczowo trzymałem się czekana, usiłując wsunąć go nieco głębiej [w co? gdzie?]. Próbowałem też zaprzeć się stopami o zbocze i hamować rakami”. [Na kursach tego nie uczą, uczą za to, że hamując rakami, można połamać sobie nogi].

„stworzyliśmy sobie problem na ścianie”

„by nabrał wprawy i zahartował się w najsurowszych warunkach klimatycznych na Ziemi [czyli w Karakorum]”.  Mnie się wydawało, że najsurowsze warunki są na biegunach, ale może się nie znam.

„Bez przesady. Jesteśmy poniżej sześciu tysięcy metrów. Nikt nie potrzebuje tlenu na tej wysokości”. [Polemizowałabym].

„wbijał haki w szczeliny skalne” [A w co miał wbijać?].

„założyliśmy kaski ochronne” [Zdrowie na budowie].

„Powoli przesuwałem się w stronę kabiny, bezskutecznie próbując wbijać czekany w metalową powierzchnię kadłuba”.

Korektorce też nie poszło najlepiej. Nie chce mi się pisać, czego ta pani nie wie.

Ode mnie tyle. Kto chce, niech czyta.

Na Lubimy Czytać same zachwyty. Może to znajomi autora zwarli szeregi?

Beata Słama

Tomasz Odziemczyk, Szczelina, Wielka Kałamarnica 2018.

Kategorie: Książki

0 Komentarzy

Dodaj komentarz