ZAMARZNIĘTE POWIEKI ADAMA

Tuż przed lekturą książki Adama Bieleckiego przeczytałam Tadeusz Piotrowski. In memoriam. Lhotse i pomyślałam: jakże podobne są losy tych dwóch wspinaczy! Tadeusz Piotrowski już zawsze żył w cieniu tragedii na Lhotse (zginął wtedy Stanisław Latałło, a Piotrowski był o jego śmierć obwiniany), nad życiem i karierą wspinaczkową Adama Bieleckiego zaciążyła tragedia na Broad Peaku. I choć przedtem odnosił w górach wysokich sukcesy, a przed nim wspaniała kariera, dla wielu już na zawsze pozostanie tym, który przyczynił się do śmierci Maćka Berbeki i Tomka Kowalskiego. Tak jak w przypadku Piotrowskiego, opinie na temat zachowania Adama są podzielone. Słyszałam słowa niezwykle kategorycznego potępienia – głównie z ust starszych wspinaczy ‒ jak i słowa świadczące o ogromnej sympatii dla niego. Tak jak w przypadku Lhotse nigdy nie dowiemy się, co tak naprawdę stało się na Broad Peaku.

Wielu z Was, sięgając po tę książkę, zapewne otworzy ją najpierw na rozdziale poświęconym właśnie tej wyprawie. Będziecie oczekiwali pogłębionej analizy wydarzeń, refleksji, a może nawet ekspiacji. Niczego takiego nie znajdziecie.  Przeczytacie suchy opis wydarzeń, z którego można wywnioskować (nieco upraszczając), że Bielecki nie mógł ruszyć kolegom na pomoc, ponieważ ciągle wymiotował… Adam nie wykorzystał doskonałej okazji, by opowiedzieć o tym, co się stało, własnym głosem, pokazać nam, jak widzi to on, już z dystansu, już po tym, co rzucono mu w twarz. I jaka by ta wersja nie była, byłaby to jego opowieść i nie byłoby istotne, czy by nam się spodobała, czy nie. Byłaby jego. Tymczasem tekst temu poświęcony sprawia wrażenie poprawnie odrobionej lekcji – bo przecież w książce o sobie tego wątku nie mógł pominąć.

I tu dochodzimy do kwestii autorstwa książki. Na okładce Spod zamarzniętych powiek widnieje dwóch autorów: Adam Bielecki i Dominik Szczepański. Gdy usłyszałam o tym, że ma się ukazać, byłam przekonana, że będzie to wywiad-rzeka. Nie jest. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, nie wiem więc, jaka tu rola Szczepańskiego, który nie jest ani mistrzem pióra, ani redaktorem. Spytałam Adama, jak się sprawy miały, i dowiedziałam się, że on opowiadał, Szczepański nagrywał, po czym Adam przez cały czas czuwał nad całością, pilnując, by była taka, jak on chce. Co ma strony dobre i złe, bo tekst czyta się doskonale, natomiast gdyby był to wywiad-rzeka, dziennikarz mógłby naprowadzić Bieleckiego na pewne tropy, zadrażnić, sprowokować, sprawić, by bardziej się otworzył. Aby jednak taki zabieg się udał, z Bieleckim musiałby rozmawiać ktoś inny, odniosłam bowiem wrażenie, że Szczepański od początku go bronił i o wyciąganiu kontrowersji nie może być mowy.

A teraz spójrzmy na okładkę. Książki górskie, wydawane przez wydawnictwa „górskie”, jeszcze opierają się irytującemu komercyjnemu trendowi tabloidyzacji, te wydawane przez wydawnictwa „niegórskie” padają jego ofiarą. Zdjęcie na okładce musi być seksowne i nieco tajemnicze, a tytuł poetycki. Oraz intrygujący. W tym akurat przypadku – Spod zamarzniętych powiek – jest niezrozumiały, bo nawet w metaforze powinna kryć się jakaś logika. Gdy patrzymy spod zamarzniętych powiek, o ile w ogóle jest to możliwe, uzyskujemy obraz niewyraźny, zamazany, czego treść książki nie potwierdza, no, chyba że kryje się za tym jakaś przewrotność, choć nie sądzę.

Osobną kategorią jest poezja tylnookładkowo-skrzydełkowa. Na szczęście na okładkach książek górskich nie widnieją jeszcze komentarze typu: „To pozycja dla tych, którzy zachwycili się autobiografią Messnera”, „»Miłośnicy Harry’ego Pottera« pokochają tę książkę!” Wydaje się jednak, że już wkrótce i takie rzeczy będziemy czytali. Na tylnej okładce książki Bieleckiego jest dramat i patos, a także zdanie o drodze z górniczych Tychów na szczyty najwyższych gór świata. Wydaje mi się, że droga w góry świata z Piły czy Suwałk byłaby równie godna pieśni, lecz górnictwo dobrze pasuje do heroicznej retoryki, mimo że, o ile wiem, ani Adam, ani jego ojciec osobiście nie fedrowali na przodku.

Wydawcy żywią też przekonanie, że opinia takiego fachowca od wspinania i przygody, jak Martyna Wojciechowska, zachęci ludzi gór do sięgnięcia po tę książkę. Nie zachęci. Wprost przeciwnie. Miłośniczkami pani Martyny są głównie nastolatki, nie wspinacze. No, ale jeśli dzięki jej rekomendacji  kupią tę książkę, to może dobrze?

Czy warto więc sięgnąć po Spod zamarzniętych powiek? A powiem Wam, że tak. Czyta się ją doskonale. Wzrusza to, jak bardzo mały chłopiec pragnął być alpinistą. Jaką drogę przeszedł, od zbierania autografów himalajskich herosów do towarzyszenia im na wyprawach jako równorzędny partner. Jest w tym żar i pasja, a pierwsze wspinaczkowe doświadczenia Adama są jakże podobne do doświadczeń wielu z nas. Opisy wypraw interesujące, pełne detali, bardzo osobiste, czasem krytyczne.  Mimo moich wcześniejszych zastrzeżeń, to książka szczera i żarliwa. Nad tym, na ile szczerość i żar są szczere, nie chcę się zastanawiać. Nie chcę też analizować tego, dlaczego młodzian ledwie po trzydziestce zapragnął napisać memuary: z potrzeby serca czy po to, by podbić serca sponsorów? Wy też o tym nie myślcie. Po prostu tę książkę przeczytajcie.

Beata Słama

Adam Bielecki, Dominik Szczepański, Spod zmarzniętych powiek, Agora, Warszawa 2017.

 

 

Kategorie: Książki

Dodaj komentarz