PRZEŁĘCZ DIATŁOWA – ZAGADKA NIEPRZEMIJAJĄCA?

Zastanawia mnie wysyp publikacji na temat wypadku Diatlowa. Szukam jakiegoś uzasadnienia, jakiejś drobnej teorii tłumaczącej zainteresowanie tym wypadkiem. Wydaje mi się, że są to próby pojęcia „cywilizacji niedostatku” przez „cywilizację dobrobytu”. Skąd ten pomysł?

W sprawie poruszanych jest stale kilka wątków i różnice sprowadzają się do ich intepretacji.

Na przykład:

1. Ślady promieniotwórczości na odzieży. Z punktu widzenia świadomych swych praw wyedukowanych ekologicznie czytelników zgroza. Mamy systemy monitoringu wyłapujące naprawdę minimalne odchylenia od normy, co natychmiast trafia do publicznej wiadomości.

A wtedy? Od pierwszej radzieckiej próby jądrowej w Semipalatyńsku  do połowy lat sześćdziesiątych ZSRR wykonywał po kilkanaście testów rocznie. I były to testy atmosferyczne lub powietrzne. Podziemne na dużą skalę zaczęły się po 1962-1965 roku. Do tego mieliśmy katastrofę Kysztymską. Poza ZSSR USA również trzymały tempo, swoje programy nuklearne rozwijały Anglia i Francja. Do tego cały przemysł cywilny/militarny w dobie, gdy powstawały dopiero zasady pracy w przemyśle nuklearnym (vide: Plutopia Kate Brown). W powietrzu była taka ilość związków radioaktywnych, że nie powinno to budzić zdziwienia. Wszyscy „świecili” . Jestem pokoleniem, które grało w słońcu w piłkę na boisku, gdy doszło do katastrofy w Czarnobylu. Była piękna pogoda i nasza piłka, odzież pewnie też, wykazywała odchylenia od normy. W czasie wypadku było tego jeszcze więcej, tylko nikt tego zjawiska nie monitorował. Gdy się nie monitoruje, to nie ma problemu.

2. Brak map. Z punktu widzenia turysty wyposażonego w GPS, dostęp do kilku formatów map większości naszego świata, to faktycznie coś podejrzanego. Jak to nie ma map? Kiedyś nie było. Obozy harcerskie za komuny zamawiały arkusze sztabówek”. Mapa Tatr 1:5000 za schyłkowej komuny była rewelacją. Mapa Puszczy Kampinoskiej z 1979 była tak „pocięta” przez cenzurę, że jeśli ktoś na niej nauczył się nawigować, to z każdą inną mapą dał radę.

Starsi koledzy z PKG, SKPB jeżdżący do Sojuza na Alpiniady opowiadali, że brak map to była norma. Każdy obóz miał odpowiednik naszych „zeszycików ekstremalnych” , w których były rysowane odręczne schematy przebiegu dolin, tras wycofów, i w ramach przygotowania do tury robiło się odpisy. W czasach dostępu do przewodników online to faktycznie coś nie zrozumiałego, nie mieszczącego się w głowie.

3. Nawigacja. Nawigowanie za pomocą graniówek, map w dużej skali. W dobie GPS w komórce, i dokładności liczonej w metrach to nie pojęte. Ale przecież przy podstawowym pokonywaniu górskich łańcuchów nic więcej nie potrzeba. Interesuje nas układ dolin, lokalizacja przełęczy z której da się zejść do kolejnej doliny. Tak eksplorowano Tatry, Alpy i czymże miała by się różnić eksploracja Uralu A.D lata 60-te XX w? Dla niedowiarków: relacja Łukasza Supergana z wyprawy w Irańskie góry Zagros, gdzie posługiwał się graniówkami, mapami w skali 1:200 000.



4. Relacje ratowników i lawinoznawstwo.
Generalnie w latach sześćdziesiątych lawinoznawstwo było w powijakach (a może go  po prostu nie było). Jaki był poziom? Wystarczy sięgnąć w bibliotece po np. Alpinizm Popki z 1971roku, który prezentował zakres wiedzy mniej więcej z epoki zbliżonej do czasów wypadku. Albo artykuły z archiwalnych numerów „Taternika” . W porównaniu z tym, co wiemy obecnie, to były gusła. Spasitiele nie wiedzieli nic po za tym, że jest coś takiego jak lawina. Ten teren nie był eksplorowany turystycznie, więc nie było nawet „mądrości ludowe” , jaka była w Tatrach (Nie miała ona podstaw naukowych, ale była pokoleniową obserwacją koźlarzy, przemytników, poszukiwaczy kruszców itp. Tych, którzy przekraczali poziom hal), czy ludzi bywających tam regularnie. O drwalach i pracownikach leśnych nie wspominam, bo ich wiedza kończy się na granicy lasu. A dalej jest „nieznane”, ponieważ nie ma tam nic, co by ich praktycznie interesowało.

5. Jakość służb ratunkowych.
Niestety nie możemy zakładać, że spasitiel na Uralu w latach sześćdziesiątych był kompetentnym ratownikiem po kursach i szkoleniach, tak jak dzisiejsi TOPR-owcy. To mógł być milicjant, którego jedynym kontaktem z inną kulturą był szlak bojowy od Stalingradu do Berlina, albo szkolenie w Gorkim. Po za tym, by wiedzieć, jak ten „interior” mógł wyglądać i funkcjonować wystarczy poczytać reportaże Jacka Hugo-Badera, Mariusza Wilka Dziennik północny , Dom nad Oniego itp. Spasitiele mieli chęci… i nic po za tym. Takimi samymi „ratownikami” byli Szerpowie w Nepalu w latach sześćdziesiątych.

Z punktu przeciętnego „konsumenta turystyki” wystawiającego gwiazdki na Google Mapps to nie pojęte.

7. Doświadczenie Diatłowa. Z jednej strony mówi się, że był doświadczony, ale mówi się też, że była to jego pierwsza wyprawa w teren wysokogórski (rozumiany jako otwarte góry powyżej granicy lasu). A więc był zimowym turystą eksplorującym Beskid Niski, który przeniósł się w Tatry Zachodnie. Jest to różnica jakościowa. Dziś to niezrozumiałe. Powolne zdobywanie kompetencji jest passe. Standardowy szlak bojowy to; Wieżyca-Łysica-Babia Góra-Rysy-Mont Blanc-Elbrus- …Everest. Po co się ograniczać?

8. System kontrolny turystyki w ZSSR. W czasach, gdzie dojechać można wszędzie, szczególnie jak są ta tanie linie, to coś nie zrozumiałego. Wtedy tam wszystko to szło przez kluby turystyczne. Po pierwsze podróże po ZSSR nie odbywały się dowolnie. Były potrzebne dokumenty, pozwolenia, mapy (patrz wyżej), wszystko podlegało kontroli. Potwierdzą to Ci którzy odwiedzali ZSSR na alpinadach w Pamirze, jeździli na Kaukaz. Dziś to wydaje się kompletnie nie pojęte.

A może przyjmiemy tezę, że był to stosunkowo banalny wypadek, na który nałożyły się: prymitywne wyposażenie;

niewielkie doświadczenie;

fatalne warunki atmosferyczne;

zła ocena miejsca biwaku (początkiem katastrofy był zsuw płyty przetransformowanego śniegu na namiot);

panika;

utrata orientacji;

hipotermia.

Jeśli dodamy do tego tło rzeczywistości ZSSR, to z perspektywy przeciętego konsumenta literatury popularnej jest to wszystko przedziwne i wygląda podejrzanie. Czasy, gdy żelaznym kanonem lektur była literatura łagrowa, odeszła w przeszłość. Literatura przegrywa z brykami, tik-tokiem, Messengerem, a nie wszystko jest w Wikipedii.
Może stąd ta literacka atrakcyjność tego wypadku?

Michał Pietrzak

(tytuł: GDK)

Kategorie: Felietony

0 Komentarzy

Leave a Reply