KTO WĘDRUJE PO TATRACH ‒ ANALIZA NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE

Wkrótce lato, w Tatry ruszą miliony ludzi (w zimie też były miliony ludzi) –  góry są wszak dla wszystkich. Nie jest to jednak tłum jednolity, każdy przychodzi w innym celu, co innego chce przeżyć, co innego zobaczyć. Ludzi tych można podzielić na grupy i podgrupy, stosując różne kryteria. A grupy te są zantagonizowane, a ich interesy sprzeczne.

Pierwszą, najliczniejszą grupę tworzą… no właśnie, jak ich nazwać? Którą nazwę wybrać, bo wybór jest spory. Pierwszym słowem, jakie się nasuwa, jest słowo „cepry”. Według Słownika Wyrazów Obcych PWN to lekceważące określenie ludzi niepochodzących z gór, a dawniej  kuglarzy objeżdżających jarmarki, wywodzi się od słowackiego słowa čepyr, skrótu od węgierskiego csepűrago – kuglarz.

Słownik wydany przez wydawnictwo DeAgostini wyprowadza etymologię „cepra” od wschodniosłowackiego odpowiednika „teraz” i twierdzi, że kiedyś górale nazywali tak robotników ze Słowacji, od tego często używanego przez nich słowa.

Dziś cepry, według górali, to wszyscy nie-górale przybywający do Zakopanego, i jest to określenie nieco lekceważące, a nawet pogardliwe. (Witkacy ukuł termin „duchowe cepry”, chcąc opisać pewną nieadekwatność postaw i niezdolność do refleksji, a może coś innego?). Dwie grupy, o których napiszę potem, używają też nazwy „płaszczowcy”, od płaszczy foliowych, które można kupić w kioskach i schroniskach.  (Tę grupę wyodrębnił badacz Mikołaj M. Zapalski i w czasopiśmie naukowym „Halzapia” poświęcił jej humorystyczny artykuł pod tytułem O osobnikach wielobarwnych Foliaka tatrzańskiego [Foliacus tatricus tatricus Brukselski]. Próbował odpowiedzieć w nim na pytanie, czy kolorowe odmiany foliaków spotykane w Tatrach są różnymi podgatunkami, czy też jest to jeden podgatunek [nominalny] o dużej zmienności fenotypowej.

(Mikołaj Zapalski nie był jedynym badaczem tego zagadnienia, pisali o nim m.in. A. Kijowow: Foliacus In Schlesien, Genetic Und Amorphismus, czy też M. Gawlikowski: O biologie tatranskich a fatranskich Foliakov z fauny severneho Slovenska).

Są jeszcze „futerkowcy” – to przezwisko zimowe, stosowane do ludzi wjeżdżających na Kasprowy, żeby napić się piwa i pochodzić tam i z powrotem ścieżką na Beskid.

Kolejna nazwa to „stonka”‒ nasuwa się, gdy patrzymy na oblepiony ludźmi wierzchołek Giewontu lub gdy podążamy w lecie na Halę Gąsienicową. W nazwach tych, no cóż… również pobrzmiewa niechęć. Więc może dla uproszczenia i żeby było ładnie ‒ „Turyści”?

Turysta

Kto to właściwie jest Turysta? Pan w spodenkach gimnastycznych i klapkach, z butelką mineralnej w ręku; panienka w różowym dresiku ze swym towarzyszem o włosach postawionych na żel; grupa młodzieży we flanelowych koszulach z kubkami przytroczonymi do plecaków, bez przerwy grająca na gitarze i śpiewająca.  A także państwo przebywający w ośrodku wczasowym i mieszkańcy kwater prywatnych, którzy, znudzeni krupówkową ofertą, postanowili pójść w góry. I wielu, wielu innych… 

Kiedy pojawili się w Tatrach tak tłumnie?  Już w roku 1910 Walery Goetel na łamach „Pamiętnika Towarzystwa Tatrzańskiego” pomstował:

„Z każdym dniem będzie coraz gorzej, bo i z każdym dniem rosnąć będzie liczba tych, którzy chodzą w góry nie wiedzieć po co, a rosnąć będzie tym szybciej, im więcej będzie ulepszeń i udogodnień”.

Ze słów tych wynika, że już wtedy nie było dobrze, a sytuacja pogorszyła się po drugiej wojnie światowej, kiedy to na tatrzańską arenę wkroczyły wczasy pracownicze i wycieczki zakładowe, czyli tzw. turystyka masowa, i coraz więcej ludzi stać było na wyjazd w góry czy dokądkolwiek.

Każdy Turysta przychodzi w Tatry po coś innego, każdy ma swoją tatrzańską przygodę i pewnie gdyby porozmawiać z poszczególnymi ludźmi, ich pobyt w naszych górach wydałby się może sensowny. Jeśli jednak podejść do sprawy z mniejszą dozą empatii, a za to generalizując, jak również wykorzystując lata obserwacji, można dojść do wniosku, że Turyści mają mizerne pojęcie o tym, gdzie są i na co patrzą („Jak się idzie do Kuźnicy?” „Czy tą drogą dojadę na Kasprowy?”). Nie bardzo wiedzą, jakie reguły obowiązują na odwiedzanym przez nich terenie – głośne rozmowy, schodzenie ze szlaków i śmiecenie są na porządku dziennym. Nie mają też pojęcia o zasadach bezpieczeństwa i o tym, co może czekać w górach osoby niedoświadczone. Na ogół celem ich, zazwyczaj niezbyt długiej wędrówki jest schronisko, a nagrodą za „wysiłek” ‒ kotlety i piwo.

Fot. Michał Szczygieł.

My, ludzie, mamy swoją przestrzeń osobistą, a jej wymiary są, między innymi, uwarunkowane kulturowo  ‒  u osób w krajach o gęstym zaludnieniu (np. Indie, Chiny) jest ona mniejsza niż u Europejczyków. W przypadku tych drugich przyjmuje się, że przestrzeń intymna wynosi około 15 centymetrów i na tę odległość dopuszczamy jedynie osoby blisko z nami związane. Przestrzeń „normalna” to 45 centymetrów i gdy ktoś obcy podchodzi bliżej, czujemy dyskomfort. I tu pora na kolejną cechę Turysty: można odnieść wrażenie, iż pochodzi on z jakiegoś gęsto zaludnionego kraju w Azji lub w Afryce, ponieważ wykazuje całkowity brak respektu dla czyjejś przestrzeni osobistej, więcej, można odnieść wrażenie, że sam takiej przestrzeni nie ma. I w sytuacji wakacyjno-wypoczynkowej, gdy powinien dążyć do ciszy i spokoju, pragnąć odsapnąć od ludzi, lgnie do nich, narzuca innym swoją obecność, tłoczy się, pcha, wędruje w tłumie, w tłumie podziwia widoki i w tłumie je.

Wydaje się jednak, że przytłaczająca obecność Turystów stanowi problem jedynie dla grup, które dopiero opiszę, i dla tatrzańskiej zwierzyny. Błogosławią ich właściciele schronisk (dużo sprzedanego piwa i obiadów), władze Parku (dużo sprzedanych biletów), a także dorożkarze, taksówkarze, właściciele kwater w Zakopanem i okolicy…  kupcy pod Gubałówką… długo by wymieniać.

Turyści mają jednak pewną zaletę: poruszają się po określonych trasach i raczej nie zapuszczają się tam, dokąd jest daleko czy nie ma schroniska. Morskie Oko, Hala Gąsienicowa, Kalatówki, Dolina Kościeliska, Strążyska czy Chochołowska to miejsca ich największego zagęszczenia. Pojawiają się też w określonych miesiącach – lipcu i sierpniu.

Wielu Turystów odkrywa Tatry, pozwala im się oczarować. Zostają i czerpią z chodzenia po nich radość. Góry zmieniają ich życie i stają się Prawdziwymi Turystami. A żeby tak się stało, bycie Turystą, choć przez chwilę, jest niezbędne.

Na szczęście większość Turystów na kolejne wakacje udaje się zupełnie gdzie indziej i niech im kolejny kurort lekkim będzie.

 

Prawdziwi Turyści

To grupa o wiele mniej liczna od pierwszej. Są to ludzie naprawdę kochający góry, a Tatry w szczególności – mój wujek dawno temu wymyślił określenie „tatrzacy”. Mówi się też „tatromaniacy”. Mają ogromną wiedzę i są odpowiednio wyekwipowani… Ale, ale, przecież teraz doskonale ubrać się i wyposażyć może każdy, tak więc rozróżnienie może być trudne. Kiedyś PT miał flanelową koszulę i sweter z owczej wełny, plecak na stelażu, potem jakiś polar z lumpeksu, teraz Tatry zapełnia tłum w ciuchach znanych marek, wszystkie takie same, i nie wiemy, czy mamy do czynienia z pracownikiem korpo, który w Tatry przybył po raz pierwszy, bo usłyszał, że to modne, panem Władkiem na wczasach pracowniczych czy z górski wyjadaczem.

Ale wracajmy do PT. W głębi duszy każdy z nich marzy: puste Tatry, a w nich ja. I ze złością patrzy na Turystów, którzy przeszkadzają, są wszędzie i odbierają intymność tatrzańskim chwilom. Z naganą i wyższością spogląda na ich sandały i szpilki, reklamówki i foliowe płaszcze, na wózki dziecięce wleczone po kamieniach, na kapelusze góralskie na głowach i puszki piwa w rękach. Zdaniem niektórych Prawdziwych Turystów kalają oni tatrzańskie sacrum. Bo tak naprawdę Prawdziwemu Turyście bardzo trudno przyjąć do wiadomości to, że Tatry są dla wszystkich.

W tym miejscu mógłby się zacząć zupełnie inny artykuł o starych sprawach: o propozycjach limitowania wejść w Tatry, o zaporowej cenie biletów wstępu, aby odstraszyć tych, którzy niekoniecznie muszą odwiedzać nasze góry, o tym, jak takie tłumy oddziałują na przyrodę, aż wreszcie o tym, że na naszych oczach wypaczana jest idea parku narodowego i że tyle różnych grup chce zarabiać na tak małych górach, jakimi są Tatry…

A może turystyka górska to jednak sprawa elitarna, tak jak elitarny jest teatr czy muzea? Może nie każdy musi zdobyć Giewont, tak jak nie każdy musi zobaczyć piramidy? Elitarność ma dwie „formy”:  coś jest elitarne, bo wybiera to niewielka, określona grupa ludzi, lub dlatego że niewielu jest do czegoś dopuszczonych. Czy dobrze by było, gdyby chodzenie po Tatrach było elitarne na ten pierwszy sposób?  

Prawdziwi Turyści, jeśli chcą zaznać w górach spokoju, muszą być przewidujący i przebiegli i planować trasy wycieczek tak, by omijać miejsca najtłumniej uczęszczane przez turystów, pory dnia, gdy turyści zajmują się czymś innym niż „turystyka”, a także pory roku, gdy w Tatrach robi się spokojniej.

Podgrupą Prawdziwych Turystów są Pozaszlakowcy. To ludzie, jak nazwa wskazuje, penetrujący tereny poza szlakami, a ich bibliami są przewodniki Paryskiego i Cywińskiego. Doskonale znają topografię, wielu jest prawdziwymi ekspertami i wszystko byłoby dobrze, ale…  Czy kierują się oni tzw. miłością o gór, czy są jedynie aroganccy, nie respektując norm i przepisów? Nie zapominajmy, że poruszają się oni po terenie parku narodowego, który z jakiejś przyczyny tym parkiem jest. Argument najczęściej wytaczany przez takie osoby to: „Do Morskiego Oka walą przecież takie tłumy, więc nic się nie stanie, jeśli ja jeden pochodzę sobie poza szlakiem”. To stary i nie do końca rozstrzygnięty dylemat, lecz być może nie należy wątpliwości „przeciągać” na swoją stronę.

Prawdziwy miłośnik chodzenia poza szlakami nigdy nie powie, gdzie był. I to nie ze strachu przed konsekwencjami, ale by nie prowokować innych do takiej działalności. Są jednak Pozaszlakowcy aroganccy, chodzą poza szlakami, bo chcą udowodnić, że są elitą i „co mi tu park będzie zabraniał”.  O swoich wyczynach informują na forach internetowych, na parkowych strażników mówią filance (uważają, że to bandyci i przemocowcy) i można odnieść wrażenie, że leczą jakieś kompleksy…

 

Taternicy

To najmniej liczna grupa pojawiająca się w Tatrach, za to najbardziej wyrazista, ciągnie się za nią romantyczno-heroiczna legenda, choć teraz romantyzmu coraz mniej, a heroizm stał się nieco anachroniczny… Wytworzyła też niezwykłą otoczkę kulturową, a nawet subkulturę. Za początek taternictwa uważa się wejście Jana Gwalberta Pawlikowskiego, w towarzystwie przewodnika Macieja Sieczki,  na Mnicha (1879 r.). U swego zarania taternictwo miało charakter zdobywczo-eksploracyjny – tam, gdzie nie dało się dojść „na nogach”, docierano, używając liny, na ogół w towarzystwie przewodników, zdobywano kolejne szczyty. Potem przewodnicy wodzili na wycieczki grupki wytwornych panien i kawalerów, po wojnie mniej wytworne grupki pracowników fabryk i hut, a taternicy „wybili się na samodzielność”  i powstała nowa dyscyplina sportu. Nie jest to jednak sport typowy, bo o ile o tyczce nie skacze raczej ten, dla kogo nieprzekraczalną wysokością jest dwadzieścia centymetrów, o tyle taternictwo można uprawiać na różnym poziomie i najważniejsze, by czerpać z tego przyjemność i satysfakcję, a śrubowanie wyników (jakże względnych) i rywalizacja ważne są tylko dla niektórych.

Fot. NAC, Zofia Radwańska-Paryska, Wawrzyniec Żuławski, Stefania Grodzieńska.

Wspinanie to zjawisko złożone. Wielu na przestrzeni lat próbowało określać, czym  jest. I tak na przykład doktor Marian Sokołowski twierdził, że taternictwo jest sportem, sztuką, zabawą, nauką i wiedzą.  Ewa Roszkowska (Alpinizm europejski 1919-193. Ludzie-tendencje-osiągnięcia) proponuje suchą definicję: „[alpinizm to] aktywność ruchowa człowieka w górach polegająca na celowym, świadomym i samodzielnym pokonywaniu terenu wspinaczkowego, wymagająca opanowania i zastosowania właściwych technik poruszania się oraz sprzętu i metod asekuracji adekwatnie do trudności terenu i panujących warunków, podejmowaną z różnych pobudek (m.in. sportowych), lecz uwzględniająca pewne reguły postępowania”.

Jan Kiełkowski w WEDZE twierdzi, że to taternicy nazywają wszystkich niewspinających się ceprami. Tak,  niektórzy wspinacze odnoszą się z lekką wyższością do innych osób odwiedzających Tatry – choć wielu by się do tego nie przyznało. Sporo taterników zaczynało jako Prawdziwi Turyści, a nawet Turyści, często w opowieściach o początkach wspinania przewija się motyw: „Byłem ze szkołą w Tatrach i zobaczyłem wysoko, wysoko wspinających się ludzi. Też tak chciałem”.   

Taternicy to górska elita – mieszkają w czymś w rodzaju enklaw (taborisko „Szałasiska”, „Betlejemka” Stare Schronisko przy Morskim Oku, kiedyś było jeszcze taborisko „Rąbaniska”, „Kurnik”, „Chatka Długosza”, chatka na Włosienicy), mogą chodzić poza szlakami… I choć zawsze za szczyt obciachu uznawano noszenie wszystkich akcesoriów wspinaczkowych na wierzchu, to przecież tak przyjemnie przelecieć się po perci z liną na wierzchu i podchwytywać pełne podziwu spojrzenia…

Kiedyś taternicy zdecydowanie wyróżniali się strojem, dziś coraz trudniej odróżnić taternika od Prawdziwego Turysty, a i Turysty, choć wprawne oko zawsze wychwyci niuanse. Taternicy wyróżniali się również poziomem intelektualnym (większość wspinających się osób miała wyższe wykształcenie), ujednoliconymi poglądami politycznymi, jak też wysokimi standardami etycznymi. Dziś zaobserwować można zarówno pewne rozprzężenie, jeśli chodzi o etykę, jak i obniżenie lotów intelektualnych, inne są także proporcje, jeśli chodzi o wykształcenie. Jeszcze nie tak dawno na bycie wspinaczem trzeba sobie było „zasłużyć” – należało ukończyć stosowne kursy, dostać kartę taternika itd. Teraz z liną i młotkiem w góry wyruszyć może każdy, taternictwo przestaje być sportem elitarnym, i to pod każdym względem.

Ponieważ, z uwagi na warunki i pogodę, są dwa sezony wspinaczkowe – letni i zimowy (jeśli chodzi o wspinanie wyczynowe, ściśle określone, jeśli chodzi o rekreacyjne nie) – taternicy zjeżdżają najtłumniej od połowy czerwca (jeśli nie ma już śniegu) i wspinają się nawet do końca października (jeśli jeszcze nie ma śniegu), potem zaś (w zależności od warunków śniegowo-lodowych) od grudnia do marca, a nawet kwietnia.

Największym wrogiem taterników jest strażnik TPN. Między tymi grupami nigdy nie układało się dobrze – brak zrozumienia można zaobserwować po obu stronach i winę za taki stan rzeczy również. Taternicy – tak jak Pozaszlakowcy – chcieliby mieć góry dla siebie i poruszać się po nich bez żadnych ograniczeń. Gdy dochodzi do publicznych dyskusji, wykazują często brak elementarnej wiedzy o otaczającej ich przyrodzie i swoim wpływie na nią, choć są oczywiście chlubne wyjątki.

Cztery pory roku

Ludzi przyjeżdżających w Tatry można podzielić w inny jeszcze sposób, biorąc pod uwagę to, w których porach roku jest ich najwięcej.

Wiosna to przede wszystkim czas wycieczek szkolnych. Ich kulminacja następuje w maju ‒ gdy starsi uczniowie zdają maturę i trzeba coś zrobić z nie-maturzystami ‒ i kiedy zaczynają się „zielone szkoły”. Wtedy widzimy ciągnące się za przewodnikami grupy znudzonej lub rozwrzeszczanej młodzieży, która, gdy przewodnik na postoju stara się coś im opowiedzieć, je, ziewa, gania się i pisze SMS-y. Jerzy Tawłowicz, który był przewodnikiem tatrzańskim przez ponad trzydzieści lat, mówił:

„Obserwuję ogromną różnicę między młodzieżą szkolną, która przyjeżdżała na wycieczki w Tatry dwadzieścia lat temu, a tą dzisiejszą. Dawniej uczniowie, zwłaszcza licealiści, mieli o wiele większą wiedzę. Miałem na takich wycieczkach z kim rozmawiać, i to niemal na każdy temat, a prowadzenie ich w góry było przyjemnością. Wydaje mi się, że teraz uczniowie liceów (o gimnazjalistach już nawet nie wspominając) często nie mają elementarnych wiadomości z zakresu geografii, przyrody, historii czy literatury, a co gorsze, bywa, że takiej podstawowej wiedzy nie mają również ich opiekunowie. I to jest smutne!”[1].

Największe oblężenie nasze góry przeżywają oczywiście w lecie, a konkretnie od początku lipca do końca sierpnia – ze zrozumiałych względów mnóstwo jest w nich przedstawicieli wszystkich grup, lecz najwięcej Turystów. Występują też w postaci wycieczek, już to z domów wczasowych, już to z zakładów pracy. Ich popularność zaczęła się po drugiej wojnie światowej, kiedy to wprowadzana demokracja i dyktatura proletariatu dosięgła Tatr. Jerzy Tawłowicz wspomina, że „plagą” lat siedemdziesiątych były wycieczki zakładowe ‒ górników, hutników czy pracowników PGR-ów (choć i innym grupom zawodowym też się zdarzało). Bywało, iż jedyną trzeźwą osobą na takiej wycieczce był on, ponieważ turyści już w czasie podróży do Zakopanego urządzali w autokarach libacje i biesiady. Dojeżdżali często bardzo już znietrzeźwieni, czasem trudno się było z nimi dogadać… I jak tu poprowadzić w góry?

Zofia i Henryk Paryscy we wstępie do wydanej w 1951 roku książeczki Zasady turystyki górskiej ubolewają nad niezadawalającym poziomem szczególnie turystyki tatrzańskiej, co powodować może „szkody na zdrowiu”, i proponują pójść za przykładem Związku Radzieckiego, gdzie „dzięki odpowiednim metodom szkolenia i odpowiedniej organizacji zdołano w stosunkowo krótkim czasie stworzyć masową turystykę ludzi pracy i podnieść ją do takiego poziomu, jakiego na próżno szukalibyśmy w innych państwach świata”.

W Polsce poziom podniesiony dramatycznie raczej nie został,  a z czasem turystyka się „atomizowała” i od modelu wycieczek zakładowych powoli odchodzono. Pojawił się nowy trend: przewodników wynajmują kilkuosobowe grupy przyjaciół czy rodziny, i to często nie na wycieczki po niebezpiecznych szlakach, a na przechadzki dolinami.

Wrzesień i początek października przyciąga w Tatry bardziej wyszukaną publiczność. Widać to nawet na Krupówkach – znika młodzież szukająca taniego piwa i rodziny z dziećmi w góralskich kapeluszach na głowach, targające ciupagi i owcze skóry. Pojawiają się studenci, Prawdziwi Turyści, ludzie, którzy w górach szukają samotności i spokoju. Wielu z nich od lat, zawsze jesienią.

Zima to czas narciarzy. Turyści chodzą raczej po dolinach i stoją w kolejce do kolejki na Kasprowy Wierch.

Zimowa turystyka wymaga doświadczenia i odpowiedniego wyposażenia, co oczywiście niektórym w ogóle nie przeszkadza, stąd częste akcje TOPR-u polegające na sprowadzaniu nocą kogoś, kogo zaskoczyły zimowe trudności, załamanie pogody oraz noc (brak czołówki jest typowy). Ci, którzy chcą czuć się w górach bezpiecznie, mogą ukończyć kurs turystyki zimowej czy lawinowy.

Dużą grupę stanowią Narciarze Przywyciągowi, natomiast zimowym odpowiednikiem Pozaszlakowców są Skiturowcy i Freerajdowcy. Skiturowców można podzielić na trzy podgrupy: Wyczynowców, Turowców i Niedzielnych.

Pierwsza grupa to osoby biorące udział w zawodach, przemykają w aerodynamicznych ubrankach, śrubując wyniki. Druga grupa to miłośnicy długich tatrzańskich tur (przez praojców zwanych wyrypami). Narty umożliwiają im penetrację terenów trudno dostępnych w lecie, długie wycieczki oraz wspaniałe zjazdy.

Skiturowcy Niedzielni szlifują nartostradę prowadzącą do wyciągu na Goryczkowej lub idą dalej, na Kasprowy, na Kondratową czy, już rzadziej, na Halę Gąsienicową. Bardziej przypomina to szpan niż sport, z niewiadomych przyczyn Niedzielni idą poważni i nadęci, zupełnie jakby czuli się lepsi, i nie jest to tylko moja obserwacja.

Ostatnio skituring przeżywa renesans. Skiturowcem chce być każdy, zapominając, że to nie tylko podchodzenie, ale też zjazdy, często bardzo trudne. Pewien kolega przewodnik wyznał, że z niektórymi wycieczkami skiturowymi z Kasprowego wraca kolejką, ponieważ jego klienci nie są w stanie zjechać z aż takiej góry. Na uczęszczanych trasach widać tłumy ludzi na lekkich nartach i wspaniale ubranych, nieświadomych, że na takich nartach podchodzenie jest bardzo przyjemne, natomiast zjazd, dla osoby nieposiadającej umiejętności i doświadczenia, delikatnie mówiąc – ryzykowny.

Wydaje się, że ostatnio niezbędnym wyposażeniem skiturowca jest Facebook, Instagram i kamera GoPro. Należy filmować wszystkie swoje poczynania i wrzucać, gdzie się da. Nie dawno widziałam filmik młodzieńca, który wdarł się na Hińczową i próbował z niej zjechać, a mnie podczas oglądania przypomniała się anegdota z udziałem legendarnego Janusza Hierzyka, która brzmiała jakoś tak: gdy na Kasprowym wjechał w niego jakiś turysta, on podszedł do delikwenta i zapytał uprzejmie: „Lubisz jeździć na nartach?”. „Tak, tak!” – zakrzyknął ochoczo delikwent. „To się, kurwa, naucz” – rzucił zimno Hierzyk.  

 Freerajdowcy chcieliby jeździć wszędzie, nie bacząc na kozice i świstaki, a nawet lawiny, to anarchiści narciarskiego światka. Choć teraz wielu się wydaje, że aby być freerajdowcem, trzeba mieć szerokie narty i palić trawę. Moim zdaniem, tak jak w przypadku Skiturowców, przydaje się też umiejętność jazdy na nartach.

No i jeszcze Snowboardzości – tych wciąż jest niewielu, choć coraz liczniej wdzierają się na groźne przełęcze, by z nich zjechać. Od Freerajdowców różnią się tym, że noszą luźniejsze spodnie i kurtki ;-).

I to by było na tyle. Analiza ta nie ma pretensji do naukowości. To klasyfikacja hand made, oparta na wieloletniej obserwacji. Nie jest ani trochę obiektywna, ponieważ  ja, jej autorka, jestem niejako stroną, oscyluję między Prawdziwą Turystką, Taterniczką, Pozaszlakowcem i Skiturowcem Niedzielnym, a zaczynałam jako Turystka. Spędziłam prawie dziesięć lat na Hali Gąsienicowej i niejednego tatrzańskiego gościa widziałam.

Wniosków końcowych więc nie będzie – powinni je wyciągnąć ci, którzy odwiedzają Tatry, i ci, których zadaniem jest je chronić i dbać o to, by trwały w swoim pięknie, by były miejscem wytchnienia, refleksji i wyczynu. Ale czy koniecznie dla wszystkich?

No i mam wizję: puste Tatry, a w nich ja.

Beata Słama

Teskt ukazał się w kwartalniku „Tatry”; ta wersja jest zmieniona i rozszerzona.

 

[1] Rozmowa przeprowadzona na potrzeby artykułu.

Kategorie: Felietony

Dodaj komentarz