DOKĄD IDĘ, DO KOŃCA NIE WIEM…

 W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych polska literatura wspinaczkowa ograniczała się prawie wyłącznie do książek powyprawowo-sprawozdawczych – cennych, bo skąd mielibyśmy czerpać informacje o szerokim świecie, skoro nie było inernetu i zagranicznych książek górskich. Choć niektóre nieźle się czyta (np. Ankę Czerwińską), nie są błyskotliwymi osiągnięciami literackimi.

Mirosław „Falco” Dąsal był wspinaczem niespełnionym (nie udało mu się wejść na żaden z ośmiotysięczników, który atakował), wydaje się też, że jego talent literacki nie zdążył się w pełni rozwinąć. Jest też trochę zapomniany. Jako nie-zdobywca. Jego nazwisko pada tylko, gdy mowa o tragedii na Evereście 1989 roku.  W świetle reflektorów wciąż stoją ci najwięksi – Wielicki, Kukuczka, Wanda Rutkiewicz, niedawno Anna Kamińska przypomniała Halinę Krüger-Syrokomską – a przecież polski firmament wspinaczkowy pełen jest gwiazd, które kiedyś lśniły, lecz los sprawił, że ich blask przygasł, a może nikt nie chce go dostrzec. Jednak my, jego przyjaciele, go pamiętamy. Przemknął przez nasze życie, robiąc zamieszanie, zostawiając wiele pytań i trochę niezwykłości. Wciąż go wspominamy, wciąż cytujemy, wciąż tęsknimy.

Dlatego pomysł, by wznowić jego pisanie, jest doskonały.

Jak pisał jego ulubiony i często cytowany Edward Stachura „wszystko jest poezją, każdy jest poetą”. No, może nie wszystko i nie każdy, lecz Falco miał talent do znajdowania poezji w wielu rzeczach i miejscach, patrzył na świat przez poetyckie szkiełko. I nadał literaturze wyprawowej zupełnie inny wymiar.

Fot. Aleksander Lwow.

Będąc na wyprawach, zawsze szukał azylu, swojej przestrzeni, w której mógłby złapać oddech i być sobą – ciepło namiotu, światło świeczki i samotność. W wyprawowym zamieszaniu chciał mieć czas zadumę, pogranie, pośpiewanie, poczytanie, układanie tekstów piosenek i przede wszystkim pisanie. Prowadził skrupulatnie dzienniki, notował każdego dnia. Pisał oczywiście o wchodzeniu, schodzeniu i poręczowaniu, ale też o grze ambicji, funkcjonowaniu skomplikowanego organizmu, jakim jest wyprawa, o ludzkich zachowaniach. Nie bał się mówić o swoich obawach, lękach i nadziejach. Nie szczędzi gorzkich słów i zapewne nie jest obiektywny (znam relacje innych osób), ale czyż mógł taki być?

W jego języku słychać czasem ślady stylu Stachury, jest jednak przy tym bardzo Falcowy, jedyny w swoim rodzaju, lecz bez formalnych eksperymentów i egzaltacji.

Czytając Falca, mam wrażenie, że go słucham. No, ale ja go znałam i dla mnie to okazja do spotkania z nim. Uprzedzić jednak muszę, że książce jest sporo zbyt drobiazgowej inwentaryzacji poczynań górskich, dlatego zrozumiem, jeśli będziecie nieco rozczarowani i znużeni. Jest to jednak poza wszystkim zapis minionych czasów. Wyprawy wyglądają teraz zupełnie inaczej…

Dziś najbliższy Falcowi jest chyba Rafał Fronia, choć jego metafory  mają większy rozmach, serwuje nam też sporą porcję rozedrganych emocji. Z popularności, jaką cieszą się jego książki, można wnosić, że zapotrzebowanie na taką górską prozę jest ogromne, czytelnicy bardziej niż o przemieszczaniu się między obozami chcą czytać o emocjach właśnie. Falco był jednak pierwszy i chciałabym, żeby nie został zapomniany. Gdyby nie śmierć, „ta zwyczajna wariatka” (znów Stachura), mógł zdobyć lub nie zdobyć jeszcze wiele gór, napisać jeszcze wiele pięknych zdań i piosenek. Nie zdążył. W 2019 roku mija trzydzieści lat, od kiedy go nie ma. A jednak wciąż jest.

Ostatni wpis w jego dzienniku spod Everestu jest taki: „[…] Idę, teraz już na pewno po raz ostatni, lecz dokąd, dokąd  idę – do końca nie wiem. Chciałbym wiedzieć, a nie wiem! Chociaż nie, to bym wiedział. Więc może to już pora…?”.

*

Książka Każdemu jego Everest po raz pierwszy ukazała się wiele lat temu. Od tamtego czasu pewnym zmianom uległa interpunkcja, korekta nie sprawiła się wtedy najlepiej, warto by więc poczynić pewne uaktualnienia, co byłoby jak najbardziej dozwoloną ingerencją w tekst. Niestety tego nie zrobiono. Szkoda też, że redaktor nie zdecydował się na zamieszczenie przypisów kto jest kto. W książce pada sporo ksywek, ja sama nie pamiętam, kto się pod niektórymi krył, a młodsze pokolenie po prostu tego nie wie. Byłaby to również dobra okazja, by przypomnieć o niektórych wspinaczach.

Mimo wszystko czytajcie.

Beata Słama

Mirosław „Falco” Dąsal,  Każdemu jego Everest, Bezdroża, Kraków 2019.

 

 

 

Kategorie: Książki

0 Komentarzy

Dodaj komentarz