KSIĄŻKOWA DRAKA

Nakładem wydawnictwa Mountain Quest (czyli PKA) ukazała się nowa książka Andrzeja Machnika – tym razem memuary. Wydał parę książek w dawnych czasach. I jedną w niedawnych, w pewnym lokalnym wydawnictwie znanym z niskich standardów.

Współpraca z pierwszym wydawnictwem (podobno nie było pierwsze, ale nie mam dokładnych informacji), do którego się zgłosił w sprawie wydania nowej książki, zakończyła się dość szybko.

Okazało się, że próbowali mu w tej książce poprawić błędy, czyli zredagować! I złagodzić nieco niektóre stwierdzenia.

Skandal.

Wspomnienia zawsze są cenne, pomyślałam sobie, znam Machnika od dawna, zaproponowałam więc innemu wydawcy, by przejął książkę.

Redakcja: ja

No cóż, sądziłam, że Machnik pisze jednak trochę lepiej i ciekawiej.

Nie pisze. Książka okazała się wspomnieniami leśnego dziadka.

Najstraszniejsze przygody, jakie go spotkały, były takie, że w pobliżu walnął piorun, wyrolowali go sławni himalaiści i spierdział się po kapuście. I spotkał filanca.

Najgłębsze refleksje, na jakie się zdobył, były takie, że przed wyjściem w góry należy studiować prognozy pogody, ale niekoniecznie, i że prawie wszyscy wybitni himalaiści to koniunkturaliści i pijacy (to w podtekście). Kierownik COS PZA „Betlejemka” też.

Andrzej Machnik i Janusz Kurczab (Fot.: lojanci.pl)

Widać ząb czasu nadgryzł jego intelekt, lata stępiły pamięć, lecz jednocześnie utwierdziły w przekonaniu, że jest Prawdziwym Pisarzem.

Że książka nudna, nic nie poradzę, od nowa nie napiszę, poprawiłam więc ewidentne byki, stępiłam nieco rozbuchaną kwiecistość stylu (przy zachowaniu jego specyfiki) i wypowiedziałam się na marginesach na temat nieprawd i przekłamań. Autor mógł to przeczytać, lecz nie musiał uwzględniać ani z moimi uwagami polemizować. Można też nacisnąć klawisz „Del”, no, ale do tego trzeba się znać na komputerze.

Nie skreślałam mu kontrowersyjnych pasaży (o czym autor nie wiedział i wrzucił mnie do jednego worka z tymi ch…mi wydawcami-cenzorami), wychodząc z założenia, że ma prawo do własnego, nawet kontrowersyjnego zdania, a wydawca nie musi przecież podzielać jego poglądów.

Tego doświadczenia wydawniczego autor jednak nie przetrwał  ‒ znów ktoś próbował zredagować jego doskonałą książkę!

Skandal.

Uznał, że ja i wydawca robimy krecią robotę.  A może nawet jesteśmy na czyichś usługach.

Wydania książki podjęło się w końcu wydawnictwo Moutain Quest, może dlatego że jego właściciel i Machnik dobrze się rozumieją i obaj walczą z peną częścią świata. A także z jakiegoś powodu nie są zapraszani na wiodące festiwale. W sumie wydawca nie musi – ma własny festiwal i może sam się zaprosić. I Machnika też.

Mountain Quest to PKA, blurb napisał Denis Urubko, który jest dobrym kumplem PKA, więc dlaczego miał nie napisać, choć pewnie książki nie czytał. A gdyby nawet przeczytał, toby nie zrozumiał, bo nie zna realiów i środowiska, a prawd uniwersalnych i porywających opisów przyrody w niej nie ma.

Wydawca (chyba) pisze, że będzie w książce: „zbiór anegdot, portretów, żywych legend i górskich opowieści”. Nie będzie. No, opowieści może, takie jak opisałam wyżej.

Wspinanie.pl podnieca się: „Na pewno nie będzie mdło”. Raczej będzie. Chociaż… Ciekawe, że wydanie memuarów Machnika nastąpiło niemal tuż przed przyznaniem Złotego Czekana za całokształt pewnemu polskiemu, bardzo znanemu (w przeciwieństwie do Machnika) himalaiście, ponieważ Machnik pisze w niej, że ten himalaista to… No, chyba że jednak redaktor i wydawca nieco tekst ocenzurowali. Ale może nie.

No, ale jeśli ktoś chce, niech sobie Machnika kupi i poczyta. A jego fani – bo choć trudno w to uwierzyć, są tacy – będą zachwyceni. A poza tym to dokument epoki, opisuje jakiś wycinek polskiej wspinaczkowej rzeczywistości.

PS Bartek Dobroch pod informacją o książce na Fb Wspinania.pl napisał: „Szkoda, że post o książce narcystycznego grafomana znanego głównie z obrażania ludzi i naśmiewania się z ich wypadków przysłonił 100. rocznicę urodzin Edmunda Hillary’ego, która minęła właśnie dziś [20 lipca]”.

PSS. Autor zaczął w pewnym momencie korespondować ze mną SMS-owo. Nazwał mnie głupią c…pą i oskarżył, że jestem na usługach wydawców, dałam im się zmanipulować i powinniśmy wszyscy zostać cenzorami. I że należy mi się morskooczne złote jajo za przerabianie dobrego tekstu na gorszy (zredagowałam ponad 300 książek i jeszcze nikt mi czegoś takiego nie zarzucił – kiedyś musi być ten pierwszy raz) i że włażę w dupę X i Y, czyli tym „megaciulom” wydawcom (ci wydawcy próbowali mnie zlinczować, ale poruszający się na marginesie życia i środowiska autor tego nie wie). Napisał też, że wychodzę na wała (co, wziąwszy pod uwagę, że jestem kobietą, jest nie lada wyczynem). Na koniec dodał, że jeśli mam ambicje literackie, powinnam pisać własne książki, a nie przerabiać cudze, i to na gorsze!

Tak, że tak…

Beata Słama

Kategorie: Książki

Dodaj komentarz