TATRY, CZYLI STREFA INTERESÓW

W roku 2025 padł kolejny rekord, na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego weszło 5 266 672 osób, a pewnie więcej. W tym samym roku do parku Yosemite weszło osób 4 600 000 i jest to trzeci pod względem zatłoczenia rok w historii tego parku. Pamiętajmy jednak, że amerykański park ma około 3000 kilometrów kwadratowych, a TPN około 200.

Wędrowanie po Tatrach, odpoczywanie w nich czy po prostu bycie przy takiej liczbie ludzi traci wszelki sens. Czekanie w kolejkach do łańcuchów to nie turystyka. Słuchanie wrzasków i oglądanie śmieci i kup to nie odpoczynek. Siedzenie w tłumie nad stawem to nie bycie w górach. To siedzenie w tłumie. Tak, tak, można wyjść o czwartej rano…

My, ludzie, skoro nam to nie odpowiada, możemy zostać w domu. Ale Tatry są przede wszystkim domem zwierząt. Szlaki tatrzańskie, upchane na tak małej powierzchni, tworzą siatkę o małych okach. Zwierzęta w nich żyją i coraz częściej narażone są na niechciany kontakt z człowiekiem. Synantropizują się, a to nigdy nie jest dobra opcja.

Wciąż słyszymy, że tłum jest, lecz kanalizuje się w określonych miejscach. To jednak różnica, czy kanalizują się dwa miliony osób, czy ponad pięć. Ten skanalizowany tłum załatwia się przy szlakach i śmieci. Hałasuje. Przy dwóch milionach nie był to wielki problem, przy pięciu już tak.

Wydaje się jednak, że TPN czy Ministerstwo Klimatu i Środowiska zamiast szukać rozwiązań dobrych dla przyrody czy miłośników Tatr, urządza się w tej sytuacji i zamierza przystosować – budowa skanalizowanych toalet i rozdawanie woreczków na odchody w kraju, w którym ludzie nie są w stanie zabrać ze sobą śmieci  –  jakby akceptowali jeszcze większy tłum. Sześć, siedem milionów? To wciąż będzie udostępnianie Tatr społeczeństwu czy już katastrofa? 

Czy jednak TPN czy ministerstwo mogą jakoś rozwiązać ten coraz bardziej widoczny problem? Sprawdźmy. Poteoretyzujmy. Trochę na poważnie, a trochę nie.

– Ograniczenie liczby wejść na teren parku. Brzmi sensownie. W Yosemitach tak jest i nikt się nie awanturuje.

Fot. Aleksandra Karkowska, domosfera.pl

Wyobraźmy sobie jednak fajną rodzinę z dwojgiem dzieci. Lubią chodzić po górach, dużo o nich wiedzą, są świadomymi turystami. Nie załapią się jednak na bilety w pogodny dzień, za to załapie się symboliczny pan Janusz z panią Grażyną, którzy chcą przejechać się fasiągiem, napić piwa w schronisku, załatwić się w krzakach, pośmiecić i pokrzyczeć, i którym jest tak naprawdę wszystko jedno, gdzie są.

No ale Tatry są przecież dla wszystkich. Nie da się jednak sprawdzić, jaki kto ma stosunek do gór. Tak więc przy takim rozwiązaniu na wejście do TPN załapuje się kark z puszką piwa i przemyconym mastiffem, a nasza turystyczna rodzina idzie grać w piłkę na Rówień Krupową lub do muzeum, albo jedzie w inne góry, w których jeszcze nie ma tłoku.

Poza tym, jeśli wprowadzony zostanie limit wejść, ludzie będą wchodzili poza bramkami i poza szlakami (co, ja nie wejdę?!). I trzeba ich będzie łapać. A się nie da.  

Poza tym nie zarobią przewodnicy, górale, którzy wybudowali milion kwater, schroniska i PKL.

– Podniesienie ceny biletów. Koszt wycieczki dla naszej znajomej fajnej rodziny znacząco wrośnie, być może stać ich będzie nie na kilka, a na dwie wycieczki podczas wymarzonych wakacji, więc smuteczek. No i przecież Tatry są dla wszystkich, każdy ma prawo wejść, a nie tylko jacyś bogacze.

Poza tym nie zarobią przewodnicy, górale, którzy wybudowali milion kwater, schroniska i PKL.

– Zakaz wstępu dla dużych grup: zielone szkoły, kolonie. Nie przejdzie. Przewodnicy podzielą grupy na mniejsze, więc i tak wejdą. I będzie więcej pracy dla przewodników. Wycieczki nadal będą przyjeżdżały.  

– Bardzo wysokie mandaty za niewłaściwe zachowanie: nie pięćset złotych, a pięć tysięcy. Żeby zabolało i dotarło, skoro edukacja nic nie daje. Oj nie. Tak surowo? Toż to terror! Ludzie się z niechęcą, będą się bali, nie przyjadą. Nie zarobią przewodnicy, górale, którzy wybudowali milion kwater, schroniska i PKL.

–  Zakaz sprzedaży alkoholu w schroniskach. Nie bardzo. Odpadnie tylko trochę wycieczkowiczów. Przecież zawsze można wnieść piwo w reklamówce, spożyć je na łonie natury, a puszki wrzucić w kosówkę. A schroniska nie zarobią.

– Przywrócenie schroniskom schroniskowości. Koniec z alkoholem i bogatą ofertą gastronomiczną. Wystarczą dwie zupy, dwa drugie, dobre pieczywo (można piec na miejscu), parówki, twarożek, szynka, dżem, szarlotka, dobra kawa z ekspresu, różne rodzaje herbat. Wszystko świeże, produkty lokalne dobrej jakości (nie, to nie oznacza, że będą drogie). Plus kuchnia do gotowania we własnym zakresie. Darmowy wrzątek. Darmowa toaleta. Koniec z rezerwacją z rocznym wyprzedzeniem i apartamentami. Niech schroniska będą schronieniami. Jak kiedyś. Utopia, prawda?

Właścicielem tatrzańskich schronisk jest PTTK. Nie wybudowało ich, tylko dostało jako schedę po Polskim Towarzystwie Tatrzańskim, bo nadeszły rządy ludu pracującego miast i wsi. Wielu się wydaje, że schroniska są nasze, państwowe, że należą do społeczeństwa, Nie. Są PTTK, a PTTK to stowarzyszenie czerpiące korzyści z dzierżawy tych schronisk. Schroniska tatrzańskie to kury znoszące złote jaja, uzupełniają znacząco PTTK-owski budżet przeznaczony na różnorodną działalność. Stąd wysokie czynsze w Tatrach, na które dzierżawcy starają się zarobić. Na szczęście  większością schronisk tatrzańskich zarządzają od lat ci sami sprawdzeni i w miarę rozsądni dzierżawcy, trawa jakiś konsensus, jednak przykład Murowańca i Kondratowej pokazuje, że PTTK nie ma zamiaru utrzymać stylowo-etosowego status quo schronisk, nie dba o ich klimat, jakość, tradycję, wystrój i architekturę, nie szanuje długoletnich dzierżawców (patrz Samotnia w Karkonoszach i Kondratowa) ani opinii turystów i jeśli wyczuje kasę, jeśli pojawi się kolejny właściciel firmy cateringowej lub znajomy lokalnego kacyka i przebije wszystkie oferty, zamiast klimatycznych schronisk będziemy mieli hotelopodbne twory podobające się chyba tylko pracownikom korporacji i nuworyszom.

Z drugiej strony nie jest tajemnicą, że dzierżawcy schronisk, mimo wysokich czynszów, zarabiają naprawdę duże pieniądze – z biznesu żyją całe rodziny, więc tanio nie będzie. Nie, nie, tylko nie mówcie, że w schroniskach jest drogo, bo są w górach. Do każdego tatrzańskiego schroniska  można dojechać wygodną drogą normalnym samochodem, a nie terenówką (dlatego dziesięciokrotne przebicie na wodzie mineralnej jest po prostu niemoralne). Wyjątkiem jest Piątka. Tam powinno być najdrożej, A nie jest. Warto się nad tym zastanowić.

– Koniec z fasiągami – z wiadomych względów. Krótko: góry nie muszą być dostępne dla wszystkich. Konstytucja o tym nie wspomina. Nie, nie zaczynajcie: „Ale przecież osoby z niepełnosprawnościami…”.

– A teraz utopia i świętokradztwo: może zlikwidować schroniska? Nie są potrzebne – a już na pewno nie schroniska na Kondratowej i na Kalatówkach – bo z każdego miejsca w polskich Tatrach można w miarę szybko i bezpiecznie dostać się do cywilizacji. I wziąć termos i kanapki. Że ludzie będą śmiecić i się załatwiać? Dlaczego Polacy mają taki problem ze znoszeniem śmieci z gór? Akcja „Czyste Tatry” to nie powód do dumy, a do wstydu. Austriacy, Szwajcarzy czy Niemcy jakoś nie mają ze śmieciami problemu. Wobec braku schronisk liczba turystów znacząco się zmniejszy, po górach będzie chodziła publiczność bardziej wyselekcjonowana, więc może śmieci będzie mniej i łatwiej będzie je zebrać? No i wycieczki w góry będą prawdziwymi wyprawami i przygodą. A przecież o to w chodzeniu w góry chodzi, czyż nie? Że nie obróci się w jeden dzień na Rysy i z powrotem? To się nie obróci.

Niestety to rozwiązanie z wielu względów niemożliwe i fantastyczne. Bo schroniska to nie tylko miejsca schronienia, to również dziedzictwo kulturowe. Tradycja.   

No i nie zarobią przewodnicy i górale, którzy wybudowali milion kwater. A PTTK nie będzie miał pieniędzy na stanice na Mazurach i utrzymywanie schronisk mniej popularnych.

– A może taka utopia: zerwać asfalt do Morskiego Oka, zostawić drogę dla pieszych i pojazdów dowożących niezbędne produkty do schroniska i ratowników. Bo błąd popełniono już na samym początku: to założenie, przyjęte lata temu, że do Morskiego Oka trzeba wygodnie dotrzeć. Nie trzeba. Moko jest w górach, do Moka idzie się przez góry. A w górach nie chodzi się po asfalcie. Nie jest powiedziane, że w górach musi być blisko, łatwo i wygodnie. Góry to góry. Kto po górach chodzi wie, na co się pisze.

– Edukacja. To zaledwie słowo wytrych. Kilkadziesiąt lat funkcjonowania TPN odwiodło, że edukacja nic nie daje. Edukacją nikt nie jest zainteresowany, czego dowodem jest to, jak zachowują się obecnie ludzie w Tatrach. I co wypisują na górskich forach w mediach społecznościowych. Tatry są miejscem emanacji polskiej wolności, dumnej, szlacheckiej, odwiecznej i nieposkromionej. Ja nie wejdę? Ja nie zabiwakuję? Ja nie obejrzę zachodu/wschodu słońca? Jakie zwierzęta? Zwierzęta siedzą w lesie. Straż TPN to jakieś gestapo, a góry to wolność! To porażka edukacji. Porażka zdroworozsądkowych i naukowych argumentów. Wychodzi więc na to, że polskie społeczeństwo należy trzymać krótko, a edukację zastąpić nakazami i zakazami, choć to, że trzeba było zatrudnić „cyber rangera” (przez wolnościowców już nazwanego konfidentem), by tropił osoby chwalące się w mediach społecznościowych niewłaściwymi zachowaniami, to wstyd. Tak jak każdy zakaz i nakaz – ale, jak widać, w Polsce inaczej się nie da.

 

***

Kolejnym problemem, oprócz absurdalnej liczby trustów i wszystkiego, co się z tym wiąże, jest to, kto obecnie po Tatrach chodzi. A chodzi coraz więcej ludzi zupełnie nie przygotowanych nawet nie do górskiej turystyki, a do przebywania w górach, którym jeszcze niedawno nie przyszłoby do głowy, by się w te góry wybrać. To wynika zresztą ze statystyki – im więcej ludzi, tym większe prawdopodobieństwo, że trafią się prostacy (uwaga: odróżniamy prostaków od ludzi prostych). No i patrz punkt o limitowaniu wejść. Każdy ma prawo.

Tej kwestii nie sposób nie rozpatrywać w oderwaniu od polityki i przemian w kraju. W pewnym momencie spora część polskiego społeczeństwa dała sobie w mówić, że wszystko jest dla wszystkich, a kto tak nie twierdzi, jest elytą, którą należy pogardzać. Pewne zachowania i niedopuszczalna narracja zostały usankcjonowane.

W polityce trwa wojna na poglądy, lecz przede wszystkim wojna kulturowa, która przeniosła się na inne dziedziny życia. Po stosunku do przyrody można się zorientować, kto na jaką opcję polityczna głosował. Bo tak się składa, że większość osób o prawicowych poglądach jest nastawiona mniej ekologicznie i mniej świadoma zagrożeń dla planety: chcą palić węglem, oze-sroze, ekoterroryzm, koń jest po to, żeby pracować, słowem czyńmy sobie ziemię poddaną. A każdy, kto myśli inaczej, jest lewakiem.

A tymczasem Tatry powinny być dla elit. Przy czym o elitarności nie decyduje tu poziom wykształcenia, pochodzenie czy pieniądze, a kultura osobista, znajomość zasad i świadomość konieczności ich przestrzegania oraz szacunek dla natury.

Użyjemy takiego porównania.

Na całym świecie, niemal w każdym mieście, są muzea. Służą do tego, by pokazywać, uczyć, dbać, ocalać, chronić. Muzea są na ogół państwowe, czyli wszystkich i dla każdego, żeby wejść, trzeba kupić bilet, (na ogół nietani), czasem, gdy wystawa cieszy się dużą popularnością, liczba sprzedawanych biletów jest limitowana. W muzeach obowiązują ściśle określone przepisy dotyczące zachowania: nie można pić, jeść, palić, drzeć się, dotykać eksponatów, śmiecić, ślizgać się na kapciach z sali do sali, biegać i załatwiać się po kątach. I wszyscy te przepisy odwiedzający muzea respektują niejako automatycznie, bez analizowania. Ale też do muzeów nie chodzą przedstawiciele określonych grup społecznych ponieważ  ich to nie interesuje, nudzi lub onieśmiela. W muzeach czują się niepewnie. Nie jest to ich środowisko kulturowe. Choć muzea są przecież dla wszystkich, a nie tylko dla jakichś wyimaginowanych elit.

Co czasem ma takie konsekwencje:

Luwr. W oddali Mona Liza (Fot. Elżbieta Modzelewska). 

Parki narodowe są jak muzea. Pokazują, uczą, dbają, ocalają, chronią. I też obowiązują w nich określone zasady. Niestety nie są tak postrzegane. Są postrzegane jako przestrzeń dla każdego, kojarzącą się ze swobodą, miejscem, gdzie można sobie pofolgować, gdzie puszczają wszelkie hamulce, bo natura tak na ludzi działa. Nie ma czujnego oka muzealnych pań pilnujących. No i natura nie jest postrzegana jako wartość tak cenna, jak np. obraz Leonarda. Parki narodowe zaczęły odwiedzać coraz liczniej osoby, które do muzeów nie śmiałyby wejść. Tatry przemierzają tłumy niezainteresowane tym, gdzie są, historią, tradycją, wiedzą. Bezpieczeństwem i zasadami. Gdyby było inaczej, literatura górska czy tatrzańska miałaby milionowe nakłady. A nie ma.

 Dzisiejsi „turyści” chcą wejść z psami, śmiecą, załatwiają potrzeby tuż przy szlaku albo na szlaku, zostawiając na widoku artykuły sanitarne, drą się, mażą sprayem drogowskazy i skały, zrzucają kamienie, są nieodpowiednio ubrani, obuci i wyposażeni, czym sprowadzają niebezpieczeństwo na siebie i innych. Nocują w górach, tarzają się w krokusach, chodzą po nocy na wschody i zachody słońca, depczą wierzbówkę, dokarmiają i głaszczą zwierzęta…

Tatry mają pecha, bo tkwią w morderczym uścisku z Zakopanem, które przyjmuje gości bez ograniczeń. Nawet ci niezainteresowani turystyką, gdy już nasiedzą się w jacuzzi, najeżdżą quadami, nachodzą po Krupówkach czy nachlają w knajpach, w końcu z nudów wyleją się w Tatry. Dlatego zmienił się skład społeczny osób je odwiedzających. Na szlakach widuje się osoby, które dotąd spotkać można było na stadionowych żyletach i pod symbolicznymi budkami z piwem. Bo Tatry przecież są dla wszystkich. Otóż nie. Powtarzamy: Tatry powinny dla tych, którzy potrafią się w nich zachować i je szanują. Tak jak muzea. Tylko tyle i aż tyle.

*

Gwałtowny wzrost zainteresowania Tatrami nastąpił po pandemii. Zmienił się też sposób wypoczywania. Dawniej były dwutygodniowe turnusy latem i zimą, i wystarczy. Teraz ludzie wykorzystują długie weekendy, popularne i modne są wypady tylko na sobotę i niedzielę, wyjazdy już nie na dwa tygodnie, a na tydzień. Wypady są więc krótsze, lecz jest ich więcej i gęściej, co skutkuje tym, że  w Tatrach skróciły się okresy względnego spokoju. No i zapanowała moda na Tatry.

Zmienił się też charakter turystyki tatrzańskiej. Odromantyzowała się. Etos zanika. Szacunek zanika. Zanika intymność. Tatry coraz częściej nie są miejscem, w którym się przebywa, a miejscem, którego się używa. Bije rekordy, liczy i kolekcjonuje szczyty (dwutysięczniki!), ceni wysokości (zdjęcie z kartką na Rysach). Robi fotki na Insta, kręci gopro mrożące krew w żyłach filmiki, by zasłużyć na komentarze: „ale sztos!”, „gitara!”, „zazdro!”. Rośnie liczba pseudoprzewodnikoinstruktorów, bo kto tylko skończył kurs skałkowy i umie zawiązać skrajny tatrzański jest przekonany, że może być przewodnikiem, szkolić i trzaskać kasę. Rośnie liczba idiotów korzystających z ich usług.

***

I tu przechodzimy do kolejnej kwestii: popularyzowania Tatr przez media społecznościowe. Stron na Fb poświęconych Tatrom (i górom) jest zatrzęsienie. A liczba followersów nazywa się nie milion, a miliony. Nie są to jednak strony promujące wiedzę, dobre praktyki czy właściwe zachowania. To strony niemal z samymi zdjęciami i niegramatycznymi komentarzami. bo narracja o górach to obecnie narracja niemal wyłącznie obrazkowa (kanon: szczyt i wypięty tyłek w legginsach). Jeśli pojawiają się dłuższe teksty, są marne merytorycznie, to najczęściej jakieś kompilacje informacji z Wikipedii czy od AI. Czasem jakiś admin czy followers wrzuci wpis, że raki to nie raczki albo że uwaga lawiny (w komentarzach rechoczące buźki albo rzygi – ja nie pójdę? Ja lepiej wiem, czy jest lawiniasto, czy nie), ale to wszystko. Ludzie zadają też pytania świadczące o lenistwie umysłowym i ignorancji (jak wejść na Kasprowy z Rysów? Czy da się podjechać taksówką NA Morskie Oko?), i, co najgorsze, wrzucają relacje z niewłaściwych zachowań, wszelkie rozsądne komentarze opatrując rechoczącą buźką (i co mi zrobicie?). To między innymi dlatego TPN zatrudnił „cyber rangera”. Bo admini nie panują nad tym, co dzieje się na ich rozbuchanych do granic absurdu forach. Liczy się klikalność. Większość na takich stronach nie zarabia, jednak np. Tatromaniak nie będzie wrzucał niczego, co mogłoby zniechęcić do chodzenia po Tatrach czy odwiedzania jego strony (napisał, że 5 milionów turystów mu nie przeszkadza), ponieważ z niej żyje. To zresztą osobny przypadek wart głębszej analizy.

Tak więc tatrzańskie strony na Fb (Insta, www) nie są miejscami przyjaznymi, zrzeszającymi ludzi wyznających podobne wartości, w jakiś sposób elitarnymi (ech, znowu te elity!), bezpiecznymi. To miejsca złych wzorców, bezmyślności, braku refleksji, często chamstwa i komercji, z miłością czy szacunkiem do gór mające niewiele wspólnego. To miejsca szybkich i powierzchownych informacji oraz nawalanek. (Przepraszam osoby wrzucające fotki z wycieczek, bo są szczerze zachwycone i oczarowane).

Winni nadmiernemu popularyzowaniu Tatr są też dziennikarze, a raczej dziennikarzyny. „W tych miejscach w Tatrach nie ma tłumów”, ogłaszają i cyk, tłumy są. Mimo iż wiedzą, co się dzieje każdej wiosny, wrzucają uparcie zdjęcia łanów krokusów. Jakiś idiota napisał o wierzbówce (choć kwitnie tak samo od setek lat) i się zaczęło. Nie edukują. Bo często sami są  niewyedukowani.  

Fot. Adam Golec/ Agencja Wyborcza.pl

*

Czy jest więc dla Tatr i ich przyrody ratunek? Czy tatrzańskiej przyrodzie i turystyce zostanie przywrócona godność? Nie zanosi się na to. Z tej trochę pobieżnej, uproszczonej i nie do końca poważnej analizy wynika banalny wniosek, że tym, o co najmniej chodzi w Tatrach, jest ochrona przyrody (przepraszam wszystkich oddanych pracy pracowników naukowych), a tym, o co chodzi najbardziej – zarabianie pieniędzy. Tatry nierozerwanie związane są z Zakopanem, można odnieść wrażenie, że są po to, by umożliwić zarobek ludziom tam mieszkającym. Pod Tatry podczepionych jest zbyt wiele grup interesów, by ktokolwiek zdecydował się na umiar. Na wyciszenie. Na zrobienie odważnego kroku wstecz. W naszym kraju – kraju stosunkowo młodej demokracji i wciąż jeszcze raczkującego kapitalizmu – rozwój wciąż pojmowany jest jako bezmyślne parcie do przodu, a nie cofnięcie się poprzedzone głębszą refleksją. A przecież rozwój to jakość, a nie ilość. Niestety pod Tatrami (a i w Polsce) niewiele osób to rozumie. Wciąż przeważa mentalność zakompleksionego i pazernego dorobkiewicza. Wszystko, wszędzie, na raz.

*

Tylko proszę, nie piszcie w komentarzach pod tym tekstem:

– A w Alpach (Dolomitach, na Słowacji) to…

– A jak niby pies szkodzi? W Tatrach przecież spotyka się bezpańskie psy.

– A dlaczego nie można sztucznie śnieżyć na Kasprowym? W Alpach śnieżą.

– Kupa się rozłoży, siki wsiąkną, o co ten krzyk?

– Będę chodził po nocy, bo mi się tak podoba. Zwierzęta w nocy śpią.

– W tej Polsce to taki zamordyzm, same nakazy i zakazy. A TPN to już w ogóle jakieś gestapo. A ja kocham wolność.

– Dlaczego przy szlakach nie ma koszy na śmieci? I ubikacji z sedesami i kanalizacją?

– Jak tłok w górach przeszkadza, to nie chodź, bo robisz tłok.

(bs)

 

 

 

 

Kategorie: Felietony

0 komentarzy

Zostaw odpowiedź