OUTLANDER, CZYLI CEPERKA
Podczas samotnych świąt, otępiona covidem, nie byłam w stanie czytać ani oglądać niczego, co wymagało skupienia, więc zapuściłam „Outlandera”. Wiecie, chciałam tylko zobaczyć, jak to się stało, że kobitka przeniosła się w czasie, a potem byłam ciekawa, jak wróciła z powrotem – jak mawiają w telewizji i w sejmie.
Jest to kostiumowo-romansowo-historyczna ramota z piękną bohaterką i ciężko przystojnym i szlachetnym bohaterem, którym los nie daje chwili wytchnienia, zsyłając coraz to nowe nieszczęścia.
Serial jest sążnisty, ma siedem sezonów (ósmy, ostatni, się kręci) po kilkanaście godzinnych odcinków każdy, ale jeśli przeleci się na szybko sceny skrupulatnego seksu, gwałty, bitwy i niekończące się dywagacje – jakoś leci. Choć chyba nie dam rady obejrzeć całości.
Są zalety: dostajemy sporą dawkę wiedzy o historii Szkocji, stosunkach społecznych, obyczajach i polityce oraz oszałamiające pejzaże (góry!) – ma się ochotę natychmiast tam pojechać, napić się whisky i zjeść kaszankę. No i faceci w spódnicach (czasem i bez) z notorycznie brudnymi kolanami są nie do przecenienia.
A teraz najważniejsze!
Z grubsza chodzi o to, że przez przypadek jedną panią rzuca z roku 1945 do roku 1745. A gdyby tak nakręcić serial polski! Wyobraźcie sobie, że panią rzuca z dzisiaj do Zakopanego w roku np. 1850! Mamy czarne izby z krowami w środku, błoto na Krupówkach, walące się szałasy, księdza Stolarczyka, odkrywanie Tatr i przepięknych, hyrnych górali. No i outlander to przecież ceperka, prawda?
(bs)
Kategorie: Film i teatr

0 komentarzy

Zostaw odpowiedź