WAKACJE ZA WŁASNE PIENIĄDZE?

„Wystarczy trochę wolnego czasu, jednorazowe rękawiczki, do tego worki na śmieci, i przede wszystkim dużo chęci. Potem wystarczy zgłosić się do sopockiego magistratu i poinformować, że chce się posprzątać miasto, ale, oczywiście, odpłatnie. Tak, w największym skrócie, zaczyna się udział w miejskim projekcie »Wakacje za własne pieniądze«”. 😉 (Sopot. naszemiasto.pl)

*

Jakby nie patrzeć, wspinanie, gdy wątek eksploracji raczej się już wyczerpał, jest formą spędzania wolnego czasu. Choćbyśmy nie wiem jaki dorabiali do tego etos, mówili o przesuwaniu granic ludzkich możliwości i braterstwie ludzi związanych liną, kuźni charakterów i sięganiu po niemożliwe, to tylko (a może aż?) sposób na życie (a może ucieczka od niego?) i wakacje.

Nie jest to szukanie lekarstwa na raka, nie ma nic wspólnego z podbojem kosmosu (no, trochę). Z czasem powstał wokół wspinania przemysł i przeróżne sposoby zarabiania na nim pieniędzy, i bardzo dobrze.

Są też jednak aberracje i ostentacyjna przesada w podejściu do pewnych kwestii.

Wspinacze w złotej erze polskiego himalaizmu na wyprawy zarabiali sami. Państwo coś tam dawało, kluby wspierały, ale była to kropla w morzu potrzeb. Nie było sponsorów, były za to roboty wysokościowe, i chłopcy, zanim rzucili się na podbój himalajskich gigantów, musieli odwisieć swoje na kominach i blokach.

Była też indyjska złota nitka i kryształy, przy której też trzeba się było nauwijać. Wielu i wiele z nich pracowało na etacie, a mogli się wspinać tylko dzięki życzliwości i zrozumieniu przełożonych.

Teraz, nawet u nas, wspinanie stało się zawodem (szkolenia, kursy, przewodnictwo, prelekcje). Jeździ się za pieniądze sponsorów i choć alpiniści wyglądają jak słupy reklamowe, reguły są jasne – reklamują, fotografują się, zachwalają markę. Oczywiście budzi to pewne politowanie, no, ale cóż, takie czasy. (Za sponsorami idzie obecność mediów, a to, jak wiemy, kończy się różnie, ale to zupełnie inna historia).

Jeździ się też za pieniądze zebrane „po ludziach”.

Od razu odrzucę argument „nie chcesz, nie dawaj”.

Oczywiście można nie czytać złych książek, nie wchodzić na marne strony internetowe i nie jeść w złej restauracji.

Krytycy mogliby nie zajmować się pisaniem krytycznych recenzji, tylko tych książek nie czytać. Mogliby nie piętnować malarzy pacykarzy, tylko po prostu ich dzieł nie oglądać. Po co znęcać się na Paprykiem Vęgą? Można nie chodzić na jego filmy i problem z głowy.

Pamiętajmy jednak, że rozwój w każdej dziedzinie i przemiany społeczne dokonują się również, a może głównie, na skutek krytyki. A wszystkie wyżej wymienione zjawiska są częścią świata, w którym funkcjonujemy.

I tak, jak nie sposób nie widzieć tysiąca billboardów za Zakopanem, Małopolska, tak nie sposób nie zauważyć, że obecnie mało komu przychodzi do głowy, by zarobić na swoje marzenia.  

No to przykłady.

Pewna dziarska i bardzo przedsiębiorcza dziewoja postanowiła być najmłodszą zdobywczynią Korony Ziemi. Została obśmiana na pewnym górskim portalu, ale przecież wszędzie czytamy, że nie należy załamywać się przeciwnościami losu i spełniać swoje marzenia – więc zbiera. Nie będzie to wyczyn sportowy (tak jak wyczynem nie jest już wejście na Everest, ale w Ministerstwie Turystyki chyba tego nie wiedzą, bo wsparli), nie będzie to kamień milowy w historii wspinania. Będzie to sukces lub porażka dziarskiej dziewoi, i tylko jej.

Pewni młodzieńcy postanowili, że zrobią trawers Alp. Poprosili więc o wsparcie.

Jakie są koszty takiego przedsięwzięcia? Bilet lub benzyna do Francji. Sprzęt ‒ zakładam, że skoro się wspinają czy skiturują, to jakiś mają. Szturmżarcie. Noclegi w schroniskach. Nie są to powalający koszty, co więc myśleć o zaradności życiowej owych panów, skoro nie potrafią zarobić nawet takich pieniędzy?

A może to, że potrafią tę kasę zorganizować jest właśnie dowodem na to, że sprytni z nich koleżkowie?

Inny pan postanowił uczcić setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, wchodząc na skiturach na sto polskich szczytów. I zaapelował o wparcie. Oczywiście finansowe.

Jaki jest koszt takiego przedsięwzięcia? Bilet na pociąg lub benzyna. Wafelki na podejście. Nocleg w schronisku. Nowe narty,  jeśli stare porysuje.  Pan ten pracuje na etacie, pisze książki i artykuły.

Tomek Mackiewicz chciał zdobyć Nangę zimą. Za każdym razem zbierał na to pieniądze, a ludzie byli hojni.

Adam Bielecki również zbierał pieniądze na wyjazdy w Himalaje…

Zimowe K2 dostało milion od podatników (na forach pojawił się oczywiście wątek „pojechali za nasze, a nie weszli”).

I tu dochodzimy do ważnej kwestii: czy można oceniać rangę tych przedsięwzięć? Porównywać je? Stosować jakąś hierarchię ważności, wartości, heroiczności czy wyczynowości?

Wejście na Nangę zimą to wielkie i ważne osiągnięcie. Jak porównać je weekendowymi wycieczkami w polskie góry?

Adam być może zrobi kiedyś nową drogę na ośmiotysięczniku. Jak porównać go z panami wędrującymi przez Alpy?

Kogoś jednak porywa wizja Adama, a może i sam Adam, dlatego wpłaca i wspomaga.

Kogoś rozczula dziarska dziewoja, że tak by chciała, jest ładna i miła, to niech ma, co mi szkodzi, dam dychę.  

Inny zachwyci się patriotyczną postawą skiturowca.

Jak jednak rozróżnić, czy kimś powoduje zwykłe cwaniactwo, czy piękny poryw duszy?

Czy nie sądzicie, że w czasach, gdy rodzice muszą żebrać o pieniądze na leczenie dzieci zbieranie pieniędzy na tak błahe cele, jak wejście tu czy tam jest zwyczajnie niemoralne?

A może to słaby argument, bo w Afryce głodują dzieci, są emeryci, którzy ledwie wiążą koniec z końcem… Jeśli chcielibyśmy być w porządku wobec świata, powinniśmy każdy grosz przeznaczać na pomoc.

A co ze wstydem?

Dlaczego osoba młoda i zdrowa, która może pracować, prosi kogoś o pieniądze na swoje fanaberie i marzenia?    

Dorzućmy jeszcze kwestię pokoleniową ‒ postawa „zbieracza” bulwersuje starsze pokolenie, młodsze uważa ją za jak najbardziej naturalną.

Więcej tu pytań niż odpowiedzi.

Jaką więc wysnuć z tego konkluzję?

Kto chce, niech daje, kto nie chce, niech nie daje?

Na to wychodzi…

 Beata Słama

 

 

Kategorie: Felietony

Dodaj komentarz