KRAJ BEZ JESIENI I WIOSNY

Ach, życie bywa czasem takie przyjemnie. Gdy wreszcie jest ciepło, gdy świeci słońce, gdy je się pyszne ciastko. A już najbardziej, gdy trafi się na książkę, którą pochłania się jak pyszne ciastko. Nie zdarza się to często, a jednak…

Jakiś czas temu zapowiedziałam książkę Marty i Adama Biernatów „Rekin i baran”. O Islandii. Prawdę mówiąc, nie zamierzałam jej czytać, woląc zostawić sobie czas na lektury stricte górskie. Albo jakieś inne. Albo na próżnowanie.

Dostałam jednak egzemplarz od przemiłej Sylwii Smoluch z Wydawnictwa Poznańskiego i zaczęłam przeglądać przy kawce. I mnie porwało.

Książkę napisała Marta, a Adam zrobił zdjęcia.

Marta tak pisze o sobie: „…mam wybitnie północny charakter oraz wrodzone warunki do zaprzyjaźniania się z wszelkiego rodzaju pustkowiami”. Nic więc dziwnego, że po odwiedzeniu kilku lodowych głusz w końcu wylądowała na Islandii. Miała wyskoczyć tylko na chwilkę, a została na ponad pół roku.

A potem: „Tak to właśnie z nią jest; jeśli trafia się w jej [Islandii] obrzeża, to jednocześnie wślizguje się w zastawione przez nią z wirtuozerią i sprytem sidła. Ja wpadłam i nie chciałam się z nich wyswobodzić; ot, słodka islandzka niewola […] koniec końców zakochałam się w Islandii po uszy i i wracam na nią każdego roku, by spędzić tam kilka miesięcy”.

Z tego wracania narodziła się doskonała książka. Narodziła się też z zachwytu i miłości.

Nie jest to reportaż, nie pamiętnik i nie książka historyczna. Ani podróżnicza. To płynąca opowieść, w której historia nierozerwalnie splata się ze współczesnym życiem Islandczyków i uzasadnia to, kim są, jacy są i dlaczego są. Marta pisze o ich codzienności, legendach, przesądach, zwyczajach, strachach i śmiesznostkach ciepło, z subtelnym poczuciem humoru, z miłością. 

Pisze też oczywiście o przyrodzie i pogodzie, śmiało używając takich słów, jak „nieokiełznana”, „szalona”, „dzika”, „furiacka”, „perfidna”. I nie jest to egzaltacja, a najbardziej adekwatny opis, jaki można sobie wymarzyć.

Jednak tym, co urzeka mnie w „Rekinie i baranie” najbardziej, jest język. Oryginalny, lecz jednocześnie swobodny i naturalny, zupełnie, jakbyśmy słuchali żywo gestykulującej osoby. Pełen inwencji, lecz jednocześnie prosty i oczywisty… W zalewie książkowej papki coś takiego zdarza się bardzo rzadko. Albo prawie wcale.

Na przykład taki fragment:

„Poza tym noce polarne umilają Islandczykom czas regularnie odbywającymi się spektaklami z udziałem rozsławionych na całym świecie polarnych zórz, Norðurljós. Magicznych, fantazyjnych świateł przychodzi im wówczas na mroźne pocieszenie dosłownie multum. Przez granatowe niebo przesuwają się tanecznym krokiem świetlne i nadzwyczajnie migotliwe łuny, podczas gdy dookoła dudni zupełnie nierzeczywista cisza”.

A do tego niesamowite zdjęcia.

Co ja Wam będę pisać. Lećcie do księgarni i kupcie książkę „Rekin i baran. Życie w cieniu islandzkich wulkanów” Marty i Adama Biernatów, wydaną przez Wydawnictwo Poznańskie. Jeśli jeszcze nie jesteście islandofilami, to po jej lekturze na pewno nimi zostaniecie.

Beata Słama

Marta i Adam Biernat, „Rekin i baran”, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2017.

Kategorie: Książki